„Lazarus” to ukraińska książka urban fantasy, którą naprawdę chciałam sprawdzić. Wydawca reklamował ją wówczas jako naprawdę dobre wydanie. Jak jednak ostatecznie skończyła się moja przygoda z tymi opowiadaniami inspirowanymi mitologią słowiańską?

Sprawdź więcej recenzji słowiańskiego fantasy: „Projekt Mefisto” | „Nawia. Szamanki. Szeptuchy. Demony” | „Śmiech diabła”
Kijów miał być tylko przystankiem na drodze
Ołeksandr Petrowycz Tiuryn miał być w Kijowie tylko przejazdem. Los jednak zatrzymał detektywa w mieście na dłużej. W 1913 roku, w alternatywnej rzeczywistości, nie brakuje magicznych stworzeń prosto ze słowiańskiej mitologii. To sprawia, że rozwiązywanie kryminalnych zagadek może być jeszcze trudniejsze.
„Lazarus” miał być lepszy i ładniejszy niż zwykle
Ostatnio niełatwo mnie „kupić” i sprawić, bym po lekturze oczekiwała czegoś więcej, niż przeciętnej powieści, zwłaszcza w przypadku nieznanych mi autorów. Jednak gdy wydawnictwo specjalizujące się w fantastyce postanawia wydać ukraińską książkę i to w wydaniu lepszym i ładniejszym, niż to robią zazwyczaj to trudno nie poczuć się zaintrygowanym. Dlatego „Lazarus” Switłany Taratoriny trafił do mnie, gdy pojawił się w przedsprzedaży. Wiedziałam, że to kryminalne urban fantasy, co do którego nie mam nic przeciwko i liczyłam na przyjemną rozrywkę. Ostatecznie okazało się, że książka jest źle wydanym i w gruncie rzeczy dość nudnym średniakiem.
Co nie wyszło w wydaniu tej książki?
Zacznijmy od tego, co nie gra w samym wydaniu. Książka ma twardą oprawę, jest szyta, ma wyklejki i wyciąganą mapę. Wydawałoby się więc, że wydana jest dobrze. Otóż nie: książka nie przeszła przez redakcję, bo redakcję w rozpisce nie ma. To zaś wiąże się z tym, że zapis dialogów w całości jest błędny (choć to rola redakcji, acz uważam, że redaktor mógłby to wychwycić), a styl książki być może właśnie z tegoż powodu jest… cóż, taki, jaki jest.
Powieść ukryta w opowiadaniach
Sam „Lazarus” to trochę powieść ukryta w opowiadaniach. Na ponad pięciuset stronach znajduje się sześć zagadek kryminalnych, które łączy detektyw i miasto, w którym rozgrywa się akcja. Przy tym przez wszystkie teksty ciągnie się zagadka z przeszłości rodzinnej Tiuryna, głównego bohatera. Jest to konstrukcja dość typowa i całkiem bezpieczna, zważając na to, że autorka właśnie tą książką debiutowała (nad krótszymi segmentami tekstu łatwiej jest zapanować), a sama historia w Ukrainie zdobyła nagrody gatunkowe, toteż mogłoby się wydawać, że jest to dobry wybór lektury.
Czy to styl, czy redakcja?
Z tym że dla mnie ta książka była po prostu i przede wszystkim… nudna. Ani przez chwilę nie poczułam się wciągnięta w opowieści autorki, mimo że wydawać by się mogło, że wszystko jest na miejscu. Przede wszystkim winiłabym tu styl, który wypada dość topornie. Być może właśnie jest to kwestia już wspomnianej, nieistniejącej redakcji, być może to kwestia stylu autorki, albo złego tłumaczenia – nie wiem tego i raczej się nie dowiem, zważając na to, że języka oryginału nie znam i nie sądzę, bym poznała go na poziomie pozwalającym płynne czytanie.
Chaotyczny świat przedstawiony
W trakcie lektury miałam też poczucie, że świat przedstawiony jest bardzo chaotyczny. Że magiczne istoty nie zostały w odpowiedni sposób zakotwiczone w świecie; że istnieją, ale nie znamy do końca zasad, jakimi są obwarowane. O ile takie „luźne” podejście do kreacji tych elementów może nie przeszkadzać np. w powieści przygodowej, czy skupiającej się na rozterkach bohatera, to w przypadku kryminału niestety przeszkadzają niezmiernie. Niestety, gdy zasady nie są klarowne, trudno podążać za zagadką, trudno próbować ją rozwiązywać razem z detektywem, a przez to również trudno się w opowieść naprawdę wciągnąć.
Przy tym wszystkim miałam poczucie, że mimo udziału samej magii historie detektywistyczne są niemrawe, pisane zgodnie z popularnymi i przemielonymi wielokrotnie schematami, bez odpowiednio zbudowanych punktów kulminacyjnych.
Kraj inny niż zwykle, ale…
Doceniam fakt, że wydawca spróbował wydać na rynku polskim ukraińską fantastykę. Cieszę się, że miałam możliwość zapoznania się z czymś, co pochodzi z nieco innego niż zwykle kraju. Nie podoba mi się jednak podejście wydawnictwa do wydania, a sama książka okazała się dla mnie dość rozczarowująca. Doceniam jej setting i zdaje sobie sprawę z tego, że z powodu nieustającej od lat mody na mitologię słowiańską może być kuszącą lekturą; nie uważam też, aby była to absolutnie najgorsza historia na rynku i być może osoby scricte zainteresowane tego typu klimatami będą z lektury zadowolone.
Dla mnie to jednak osobiście książka co najwyżej przeciętna, przy której wcale dobrze się nie bawiłam. A że to literatura rozrywkowa to chyba gorszego odczucia po jej przeczytaniu mieć nie mogę…

Tytuł: Lazarus
Autor: Switłana Taratorina
Tłumaczenie: Iwona Czapla
Liczba stron: 550
Gatunek: kryminalne urban fantasy
Wydanie: Stalker Books, 2023
1 thought on “Lazarus: gdy wydawca olewa redakcję [recenzja] [archiwum]”