„Misja błazna” była moim powrotwem do twórczości Robin Hobb, po którym nie spodziewałam się, że ta książka okaże się dla mnie aż tak niezwykła i ważna. Sprawdź, jak odebrałam tę historię i czy może jest to lektura dla Ciebie!

Kozia Twierdza ponownie go wzywa
Bastard od piętnastu lat wiedzie spokojny żywot wraz ze swoim wilkiem, wychowując przybranego syna, z dala od Koziej Twierdzy. W tym czasie polowania na osoby obdarzone Rozumieniem nasiliły się. Gdy okazuje się, że królestwo go potrzebuje, dawny królewski skrytobójca i bękart zmarłego już księcia musi odpowiedzieć na wezwanie.
„Misja Błazna” wciągnęła mnie emocjonalnie
Z pierwszą trylogią Robin Hobb o Bastardzie Rycerskim, „Trylogią skrytobójcy” mam dobre wspomnienia, choć czułam się trochę rozczarowana samą fabułą – mimo nazwy, skrytobójstwa tam wcale dużo nie ma. Drugą trylogię zaczyna jednak „Misja Błazna” o której, mam wrażenie, mam do powiedzenia niemal same dobre rzeczy i sama jestem zaskoczona, jak bardzo emocjonalnie wciągnęła mnie ta powieść.
Jeszcze nostalgiczniej i jeszcze smutniej
Tak samo jak poprzedni cykl, tak i ten tom ma raczej nostalgiczny, smutny klimat, choć chyba jeszcze mocniej jest odczuwana w nim tragedia bohaterów. Depczące po piętach śmierć i obowiązek, od których nie da się uciec. Jednak jest to ten rodzaj przyjemnie smutnej dla mnie powieści, bardziej przypominającej w tym mityczną, baśniową tragedię (choć dalej dość realistyczną), niż historii o szarej, bolesnej rzeczywistości. Mam wrażenie, że te emocje w przypadku książek Hobb tak bardzo uderzają, dlatego że mimo tego wiecznego poczucia smutku nie brakuje tu dobroci serca, odwagi i nadziei, która jednak sprawia, że bohaterowie brną do przodu, nawet jeśli wiedzą, że te ich próby mogą skończyć się tylko i wyłącznie źle.
Gęsta emocjonalnie powieść z powolną akcją
„Misja błazna” to jedna z tych powieści, która nie jest wcale krótka (~700 stron), w której w teorii wcale nie dzieje się jakoś szczególnie dużo, ale która jest na tyle gęsta emocjonalnie, że to w żadnym razie nie przeszkadza. Mam poczucie, że w takich historiach akcja jest po prostu przerzucona na wnętrze bohaterów, a nie na ich akcję.
Sięgając po tę powieść należy więc uzbroić się w cierpliwość. Pierwsze ok. 30-35% powieści to tak naprawdę zapowiedź nadchodzącej wyprawy, w trakcie której dowiadujemy się, co Bastard robił przez minione piętnaście lat, obserwujemy jego relacje z otaczającymi go osobami, z jego wilkiem, dowiadujemy się, w jakim jest teraz miejscu mentalnie i emocjonalnie. Przyznaję, mnie samą momentami nieco to nudziło i już chciałam iść dalej, ale jednocześnie rozumiem zasadność takiego rozwiązania. To pozwala czytelnikowi ponownie osadzić się w tym świecie, zrozumieć go, po prostu pobyć trochę z bohaterami, a to wszystko w dalszej części ma bardzo dobry pay-off.
„Misja Błazna” zmienia się w satysfakcjonującą przygodę
Po tym dość długim wstępie autorka funduje czytelnikowi całkiem prostą, ale naprawdę satysfakcjonującą przygodę, wręcz trochę podobną do RPG-owych historii. Grupa bohaterów wyrusza w podróż, w której nie brakuje dworskich intryg, pościgów, ucieczek i poszukiwania. Już dawno nie czytałam powieści, która byłaby głównie powieścią drogi, a która realizowałaby to tak dobrze, mimo tego, że w dalszym ciągu Hobb ma jednak tendencję do powolnego pisania swojej fabuły. Chociaż gdy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że właśnie w tym jej powolnym kreowaniu historii może właśnie tkwić jej metoda na dobrą historię.
Robin Hobb doskonale kreuje bohaterów
Nie da się ukryć, że największą siłą historii tworzonych przez tę autorkę jest to, w jaki sposób kreuje ona bohaterów. Gdy te postacie się pojawiają, człowiek od razu wie, kim są, można je od razu rozpoznać i od sobie rozróżniać, choć jednocześnie niektóre karty Hobb trzyma zakryte do odpowiedniego momentu. Momentami posuwa się wręcz do psychoanalizy, zaglądając do wnętrz postaci, przedstawiając je w naprawdę realistyczny, wiarygodny sposób. Ma dar do opisywania tych drobnych zwyczajów, drobnych gestów, które świadczą zarówno o charakterach bohaterów, jak i ich relacjach. To wszystko sprawia też, że np. ich motywacje są po prostu bardzo wiarygodne.
O ile w poprzedniej trylogii autorka eksplorowała relację Bastarda z jego psowatymi, tak w tej części jest to już dość dobrze ustanowione. W związku z tym tym razem Hobb wprowadziła kolejną grupę zwierząt – koty. I to, jak one są tutaj przedstawiane, jest jednocześnie urocze, nieco zabawne i… bardzo prawdziwe. Gdy kot przemawia, informuje, rozkazuje, lub próbuje zaklinać człowieka. „Jestem twoim ulubieńcem, weź mnie na kolana, daj mi rybę” – czy to nie byłyby kocie myśli, gdyby mówiły po ludzku?
Czemu „Misja Błazna” podoba mi się bardziej?
Mam poczucie, że ten tom mógł podobać mi się bardziej przez połączenie kilku faktów. Po pierwsze, znam już tych bohaterów od dłuższego czasu. Po drugie, mamy tu postacie dojrzałe, dorosłe. Bastard ma już 35 lat, nie jest młodym dzieciakiem, a mężczyzną i to po prostu w tym tomie widać. Na dodatek to po prostu dość prosta, klasyczna historia, nieprzekombinowana, ale taka, w której jest ten element kreatywności, wyjątkowości. I chodzi mi tu zarówno o to, jak autorka kreuje i podchodzi do swoich postaci, jak i ogólnie o kreacje całego świata fantastycznego, który jest naprawdę sprawnie rozpisany i wyjątkowy w swojej kategorii.
To jest moje romantasy
„Misja błazna” jest książką, która dała mi to, co często obiecują romantasy. Często autorki tych powieści chcą budować historię właśnie na tragedii i emocjach bohaterów. Na tym, że nie mogą być razem, albo są zmuszeni do bycia razem, albo że mimo tego mają jakieś osobiązki do wykonania itd. itp. Tylko w nich zwykle ani postacie nie są dobrze ustanowione, ani świat, nic nie ma odpowiedniego ciężaru. Książki Robin Hobb go mają. I chociaż w „Misji błazna” nie ma romansu jako takiego (acz kto czytał, ten wie…) to ta powieść naprawdę realizuje te emocjonalne założenia milion razy lepiej, niż większość takiego przeciętnego romantasy.
Osoby, które szukają szybkiej akcji i samych pozytywnych emocji lepiej niech trzymają się z dala od „Misji błazna” i innych powieści Hobb. Jednak ci, którym brakuje w fantasy prawdy o bohaterach, którzy chcą trochę pobyć z bohaterem i nie mają nic przeciwko postaciom tragicznym i bardzo tragicznym powinni się przy tej, jak i poprzednich książkach naprawdę dobrze bawić (albo płakać, co komu pasuje).

Tytuł: Misja błazna
Tytuł serii: Złotoskóry
Numer tomu: 1
Autor: Robin Hobb
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Liczba stron: 688
Gatunek: high fantasy, przygodowe fantasy
Wydanie: Mag, 2016
3 thoughts on “Misja błazna: moje romantasy, tylko że bez romansu [recenzja] [archiwum]”