„Misja na czterech łapach” trafiła do mnie jakimś dziwną ścieżką. Albo kupiłam ją na bardzo dużej promocji albo wręcz dostałam za darmo. Nie pamiętam. W każdym razie, książka trafiła do mnie w 2016 roku, niedługo przed wznowieniem, zmianą tytułu i informacją o pojawieniu się filmu. Co sądziłam wówczas o tej powieści?

Czy bestseller to dobra powieść?
Jako psiara miałam w swoich rękach kilka pojedynczych książek o tych zwierzakach. To kolejna, która w jakiś sposób wpadła mi w ręce po naprawdę długiej przerwie. Czy jednak, mimo informacji na okładce, że została bestsellerem New York Timesa, jest dobrą lekturą?
Bailey przychodzi na świat… wielokrotnie
Pewnego dnia w pustym konarze drzewa na świat przychodzi kilka szczeniąt — w tym Bailey, nasz główny bohater. Nie wiedzie zbyt szczęśliwego życia, jednak w każdym szczególe zdaje się znajdować radość… Szybko odchodzi z naszego świata, nie na długo jednak… Odradza się w nowym ciele, stając się towarzyszem niewielkiego chłopca, i za swoją misję uznaje pilnowanie, aby ten zawsze był zadowolony.
„Misja na czterech łapach” to banalna historia z perspektywy psa
Dostajemy banalnie wręcz prostą, przewidywalną historię opowiadaną z perspektywy psa. Zabieg dość typowy, z którym spotkałam się już nieraz. Nasz główny bohater to nieco naiwny, ale radosny i przyjacielski zwierzak, który robi wszystko, aby uszczęśliwić ludzi wokół.
Styl pisarza jest taki jak nasz główny bohater. Prosty, naiwny i bardzo, bardzo lekki. Naprawdę, „Misję na czterech łapach” czyta się zdecydowanie zbyt szybko jak na trzysta stron powieści 🙂 Wystarczy przysiąść na moment, aby już znajdować się niemal przy samym jej końcu.
W tej powieści nie ma tajemniczy czy napięcia
Nie inaczej jest z naprawdę przewidywalną linią fabularną. Nie mamy tu żadnej tajemnicy, a poza tym, że świat obserwujemy z perspektywy psa, nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Obserwujemy zwyczajne perypetie zwyczajnych ludzi. Mimo tego akcja nie stoi w miejscu. Historia poprowadzona jest tak, aby cały czas coś się w niej jednak działo, co w połączeniu z lekkim stylem sprawia, że trudno zacząć się nudzić przy tej opowieści.
Mimo wszystko to cały czas banalnie prosta historia, w którą został wpleciony wątek reinkarnacji zwierząt. Jest trochę niedorzeczny i irracjonalny, niemniej jakoś składa całość do kupy i jest w miarę kreatywny.
„Misja na czterech łapach” ma wymusić współczucie
Cóż mogę jeszcze rzec? Ach, no tak, zapomniałam o jednej z ważniejszych wad! Całość napisana jest tak, aby wręcz wymusić u nas współczucie, gdy z naszym bohaterem dzieje się coś złego, albo smutek, gdy temu przychodzi cierpieć. Nie jest to zabieg, za którym przepadam w książkach… Raczej unikam takiego grania na emocjach.
Niemniej muszę przyznać, że „Misja na czterech łapach” zrobiła na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Nie jest to literatura wysokich lotów, ale jako umilacz czasu czy odskocznia od trudniejszych pozycji jak najbardziej się sprawdza, szczególnie jeśli czytelnik przepada za psami. Nie wątpię, że jest w stanie zmusić do łez niejedną skłonną do płaczu osobę, choć u mnie ta pozycja jakichś wielkich emocji nie wywołała. Dlatego też spokojnie mogę ją polecić każdemu, kto ma ochotę na taką literaturę 🙂 Jeśli tylko lubicie psy i szukacie czegoś lekkiego, nie wahajcie się, by sięgnąć po książkę Camerona.
