„Pokuta” to film, który obejrzałam w 2017 roku i niemal dziesięć lat później, w 2026 roku, wciąż regularnie wracam do niego myślami. Widziałam go kilkukrotnie, przedstawiłam przynajmniej kilku osobom. Dlaczego ten film zrobił na mnie tak duże wrażenie? Sprawdź!

Sprawdź więcej recenzji filmów niefantastycznych!
A może chcesz poznać książkę na bazie której powstał film?
W 1935 roku coś poszło nie tak…
Latem 1935 roku Cecylia (Keira Knightley) wraca do rodzinnego domu po ukończonych studiach, podobnie jak syn służącej jej rodziny, Robbie (James McAvoy). Choć młodzi nie zdają sobie z tego do końca sprawy, powoli rodzi się między nimi uczucie. Gdy jednak młodsza siostra dziewczyny, Briony (Saoirse Ronan / Romola Garai), przypadkiem podgląda ich w dwuznacznej sytuacji, jej interpretacja tego wydarzenia na zawsze zmienia życie zakochanych.
Ci, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że kino wojenne i romans to nie są szczególnie bliskie mi tematy i nieczęsto sięgam sama po tego typu historie. Ale jakiś czas temu tak się złożyło, że obejrzałam „Pokutę” z 2007 roku i mimo uprzedzeń do gatunków po prostu nie umiem nie docenić tego filmu.
„Pokuta” to melodramat wojenny
Film Hamptona to melodramat wojenny, który opowiada nam historię dwójki ludzi z bardzo ciekawej perspektywy. Choć mamy w nim mocny wątek romantyczny, to nie o niego tu przede wszystkim chodzi. „Pokuta” skupia się na niezrozumieniu przez nastoletnią, dorastającą dziewczynkę świata dorosłych, co w połączeniu z kilkoma losowymi przypadkami kończy się katastrofą.
Jako osoba, która uwielbia patrzeć na McAvoya, głównie przez jego naprawdę niezłą grę, uwielbiałam każdą scenę z jego bohaterem. Poza tym Robbie to niezwykle sympatyczny człowiek: inteligentny, z ciętym językiem i żartem, ale o dobrym i ciepłym wnętrzu. To bohater, dla którego chcemy jak najlepiej, bo widzimy, że mimo drobnych wad i błędów po prostu na to zasługuje. Cecylia zaś to dość pewna siebie kobieta, która będzie próbowała postawić na swoim za wszelką cenę, a jej siostra, Briony, to marzycielka, do której dopiero z czasem dociera, do czego doprowadziła. Poznajemy ją jako marzącą o karierze pisarskiej dziewczynkę ze zbyt bujną wyobraźnią, a następnie obserwujemy, jak zmienia się jej pogląd na to, co zrobiła.

To romans, ale Oni mają może cztery wspólne sceny
Jeśli spodziewacie się filmu z ogromną ilością scen miłosnych, to na „Pokucie” się rozczarujecie. Nasi główni bohaterowie są we dwoje może przez cztery sceny. Każda jednak jest dość mocna i każda czemuś służy, pokazując nam ich relację. Choć nie ma ich wiele, naprawdę dobrze pokazują, kim są nasze postacie, co uważam za spory atut filmu: w końcu nie musimy przez dwie godziny obserwować budowania relacji, skoro te kilka wspólnych scen robi to doskonale.
Obraz skupia się zdecydowanie bardziej na Briony, która właściwie obserwuje relację zakochanych i stopniowo zaczyna rozumieć, na czym ona polega. Cała intryga związana z nią jest ciekawa i dość oryginalna: zwykle historie traktujące o dorastaniu są dość sielankowe, przedstawiające błędy, które da się łatwo naprawić lub przynajmniej załatać. To, do czego ona doprowadza, będzie z nią już zawsze, do końca dni, bo tego, co zrobiła, nie da się cofnąć.
Czasem „Pokuta” traci płynność
Sama konstrukcja filmu jednak chwilami nieco mnie irytowała. Miałam wrażenie, że niby wiemy wszystko, ale to dzięki półsłówkom, w wielu momentach na zasadzie „domyśl się, co tam się stało”, przez co chwilami „Pokuta” traci na płynności i jest dość mocno poszatkowana. Niemniej nie wpłynęło to jakoś szczególnie na mój ogólny odbiór filmu.
Poza tym to melodramat, a nie film akcji, dlatego osoby szukające strzelanin, wybuchów i pościgów mogą sobie ten seans odpuścić. Bo to nie o tym jest ta opowieść. Nawet tematyka wojenna schodzi tu na dalszy plan.
Nie oczekujcie także nadmiaru żartu w „Pokucie” – choć na samym starcie mamy dwie w miarę zabawne sytuacje, to naprawdę nie jest radosna historia. Nie mogę jej jednak odmówić jednego: nadziei, którą niesie ze sobą niemal do samego końca.
Przywiązałam się do postaci
Jestem osobą, która raczej przyjmuje dzieło takim, jakim jest, traktując je jako integralną całość, nie próbując nawet w głowie układać swoich alternatywnych historii. „Pokuta” jednak była dla mnie wyjątkiem: na tyle przywiązałam się do postaci, że zakończenie, mimo że wcale nie było dla mnie szczególnym zaskoczeniem, najchętniej przerobiłabym na swoje własne, „lepsze” – i wydaje mi się, że to najlepiej świadczy o moim naprawdę emocjonalnym podejściu do tej konkretnej historii.
Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić „Pokutę” zainteresowanym. Jak zawsze, nie jest to film, który będzie uwielbiany przez każdego, ale przedstawia na tyle ciekawą historię, że naprawdę wiele osób powinno znaleźć w nim coś interesującego lub poruszającego.
„Pokuta” (2007)
ang. „Atonment”
reż. Christopher Hampton
melodramat
2 thoughts on “Pokuta (2007): Nieporozumienie, które zmieniło wszystko [recenzja] [archiwum]”