W 2021 roku we współpracy z wydawnictwem Uroboros zapoznałam się z powieścią „Płacz” Marty Kisiel. Nie pamiętam, jak to się stało, że poprzedni tom, czyli „Toń” kupiłam samodzielnie. Jak jednak podobała mi się ta książka i czy warto zapoznać się z całą historią o pannach Stern?

Sprawdź recenzje innych tomów „Cyklu Wrocławskiego”: „Nomen omen” | „Toń”
Wyprawa w Góry Sowie
Po odkryciu mrocznych rodzinnych tajemnic trzy panny Stern rozjechały się w różne strony. Minęło jednak niewiele czasu, gdy okazuje się, że jedna z nich dramatycznie potrzebuje ratunku. Dżusi, Klara wraz z przyjaciółmi niezwłocznie wyruszają w malownicze Góry Sowie, aby ruszyć z pomocą Eleonorze.
„Płacz” to książka, która miała mi dać odpocząć
„Toń” sprawiła, że po raz pierwszy od dłuższego czasu bez pamięci wciągnęłam się w lekturę. Idąc zatem za ciosem, musiałam jak najszybciej sięgnąć po kontynuację, czyli „Płacz”, który od dłuższego czasu czekał na półce. Liczyłam na co najmniej tak samo dobrą przygodę, która pozwoli mi po prostu porządnie odpocząć.
I o ile przynajmniej na papierze „Płacz” zapowiada się bardzo dobrze, o tyle w praktyce wypada już nieco gorzej. „Toń” w dalszym ciągu pozostaje najlepszą powieścią Marty Kisiel, jaką miałam okazję poznać – a w gruncie rzeczy, poza jej najnowszym kryminałem, znam już wszystko, co do tej pory wyszło spod pióra autorki.
To już nie do końca to samo
Tak naprawdę trudno mi jednoznacznie wskazać, co w tym przypadku poszło nie tak. Niby spotykamy te same postacie, ale… właściwie to nie do końca. Gerd, Dżusi, Klara, Eleonora, a nawet pani Matylda zachowali teoretycznie swoje dawne cechy, jednak w praktyce zaczynają one funkcjonować zupełnie inaczej. O ile w „Toni” Gerd wykazywał świetną chemię zarówno z Eleonorą, jak i z panią Matyldą, o tyle w tej odsłonie cała ta dynamika jakoś się rozjeżdża i po prostu nie zagra. Jednocześnie nie dostajemy nic w zamian – bohaterowie tracą swoją dawną spójność, a Kisiel skłania się ku jeszcze większemu przerysowaniu postaci. Dotyczy to między innymi narzeczonego Dżusi, czyli Karolka.
Choć żelazna ekipa pozostaje w gruncie rzeczy ta sama, autorka wprowadza do fabuły nową postać: mężczyznę po pięćdziesiątce, początkowo zestawionego w relacji z Eleonorą. Choć przez pierwsze kilka stron wydał mi się intrygujący i skłonił do snucia własnych teorii, ostatecznie okazał się bohaterem wnoszącym do opowieści niewiele istotnego.

Problemem jest chyba rozłożenie akcentów
Odnoszę wrażenie, że główny problem tkwi w niefortunnym rozłożeniu akcentów. Z jednej strony Kisiel sięga po naprawdę mroczne wątki historyczne związane z terenami Gór Sowich, oczywiście przerabiając je na własną, fantastyczną modłę. Z drugiej strony nie potrafi ich wystarczająco mocno powiązać z historiami panien Stern, co stanowiło najsilniejszy punkt „Toni”. Zamiast tego skupia się na nowym bohaterze, który jest od nich o wiele mniej ciekawy. Ponadto cała fabuła wydaje się znacznie bardziej chaotyczna i momentami przesadnie absurdalna – zwłaszcza w zderzeniu z tak ciężką tematyką jak ludobójstwo.
Momentami ta książka ma dobry klimat, ale…
Ostatecznie otrzymujemy książkę, którą nadal czyta się lekko i przyjemnie. Momentami posiada ona naprawdę dobry klimat oraz ciekawe pomysły, lecz koniec końców wypada bardzo przeciętnie, zwłaszcza w bezpośrednim porównaniu ze swoją poprzedniczką. Przyznaję, jest mi z tego powodu autentycznie żal, bo „Płacz” wydaje się w gruncie rzeczy pozycją dość niepotrzebną. Mam wrażenie, że gdyby „Toń” zamknęła się jako zamknięta, jednotomowa historia, zyskałaby na tym znacznie bardziej. Ba! Wystarczyłoby przecież, gdyby autorka osadziła w tym samym uniwersum zupełnie nową paczkę bohaterów, wiążąc ich z poprzednimi postaciami jedynie luźnymi nićmi – dokładnie tak, jak miało to miejsce w „Nomen omen”.

Tytuł: Płacz
Tytuł serii: Cykl Wrocławski
Numer tomu: 3
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 318
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2020
2 thoughts on “Płacz: trzeci tom, który nie był do końca potrzebny [recenzja] [archiwum]”