„Władca Pierścieni” to książka, którą czytałam dwukrotnie. Najpierw za czasów szkoły, niewiele z niej wyciągając, a następnie w 2021 roku. Poniższy tekst napisałam właśnie po drugim spotkaniu z twórczością J. R. R. Tolkiena. Jak odebrałam tę monumentalną powieść high fantasy?

Sprawdź recenzje innych książek J. R. R. Tolkiena: „Listy” | „Niedokończone opowieści”
Sauron chce odzyskać Jedyny Pierścień
Nad Śródziemiem zaległ cień. Sauron pragnie odzyskać swój Jedyny Pierścień o potężnej mocy. Przedstawiciele różnych krain i ras zawiązują więc Drużynę Pierścienia, która ma jeden nadrzędny cel: zniszczyć niebezpieczny artefakt.
Powrót do klasyki po latach
Po „Władcę Pierścieni” sięgnęłam po raz pierwszy około dziesięciu lat temu, wypożyczając książki ze szkolnej biblioteki. Zrobiłam to jednak raczej z poczucia obowiązku niż ze szczerej chęci. W końcu wszyscy dokoła powtarzają, jak ważny dla fantastyki jest J.R.R. Tolkien, a skoro czytam ten gatunek, po prostu wypadało go znać. Przyznaję jednak, że nie miałam wówczas odpowiednich narzędzi, by rzetelnie ocenić to dzieło.
Lata mijały i choć nadal nie uważam się za eksperta od Tolkiena – i za takiego nie mam zamiaru się podawać – w końcu dysponuję zapleczem, które pozwala mi na pełniejszą analizę. Może nie wybitną, ale wystarczającą, by przynajmniej częściowo zrozumieć fenomen „Władcy Pierścieni” i rozłożyć ten tekst na drobniejsze czynniki. Nie powiem, że na części pierwsze, bo do tego musiałabym posiadać chociażby znacznie głębszą wiedzę o konstrukcji baśni.
To nie jest i nie ma być typowa recenzja. Tworzeniem takich tekstów niech zajmują się literaturoznawcy – sama zwyczajnie nie odważyłabym się na taki krok. Mam jednak nadzieję, że moje spostrzeżenia spisane po ponownej lekturze okażą się dla kogoś pomocne.
„Władca Pierścieni” to piękno języka
Przede wszystkim jedno jest niepodważalne: J.R.R. Tolkien posługiwał się zachwycającym stylem. Poetyckim, wzniosłym i niezwykle baśniowym, choć w odpowiednich momentach przełamywanym subtelnym humorem czy bardziej ludzkimi akcentami. To historia stworzona z ogromnym kunsztem, wyczuciem i godnym podziwu warsztatem.
Ów kunszt widać doskonale w samej konstrukcji powieści. Każdy rozdział stanowi konkretną, zamkniętą opowieść, którą można czytać osobno i bez trudu zrozumieć jej sens. Podczas gdy współczesna literatura powszechnie serwuje nam poplątane wątki, chaotycznie rozrzucone postacie oraz nawałnicę emocji, „Władca Pierścieni” pozostaje niezwykle klarowny, czysty i dopracowany w najmniejszym detalu. W tej historii czytelnik po prostu nie ma prawa się zgubić.

Epicka prostota w opozycji do współczesnej fantastyki
Tu dochodzimy do kolejnej różnicy między dzisiejszą fantastyką a wizją Tolkiena. „Władca Pierścieni” pod względem fabularnym okazuje się zaskakująco prosty. Choć w ciągu minionej dekady kilkukrotnie oglądałam ekranizacje i dobrze pamiętałam rozwój wydarzeń, to na kartach książki owa prostota rzuca się w oczy znacznie mocniej. Gdyby odrzucić pieśni i rozbudowane opisy świata, cała opowieść byłaby co najmniej o połowę krótsza, nie tracąc przy tym nic ze swojego głównego wątku. Warto zauważyć, że wydanie zbiorcze obejmujące wszystkie trzy części liczy około 1200 stron, podczas gdy dziś pojedynczy tom fantasy potrafi bez problemu osiągnąć 600–800 stron. „Władca Pierścieni” to dzieło epickie, ale przy tym zadziwiająco zwięzłe i konkretne.
Przyczyna takiego stanu rzeczy jest dość oczywista. Tolkien pisał ręcznie lub na maszynie, przez co musiał znacznie staranniej ważyć każde słowo. Nie mógł pozwolić sobie na gram grafomaństwa, które bywa zmorą wielu dzisiejszych autorów. Zresztą czlowiek o tak ogromnej wiedzy i wykształceniu zapewne nie pisałby inaczej nawet współcześnie.
Postacie jak figury na planszy
Choć ponowna lektura sprawiła, że doceniam Tolkiena jeszcze bardziej, nie ukrywam, że na co dzień wolę nowocześniej pisaną fantastykę. Wynika to właśnie z owego baśniowego charakteru świata i języka. Jest on przepiękny, to prawda, ale osobiście wolę, gdy autor skupia się na bohaterze – gdy mogę w niego w pełni uwierzyć i po prostu się z nim zżyć. U Tolkiena postacie stanowią przede wszystkim figury służące do prowadzenia opowieści. One deklamują swoje kwestie, zamiast naturalnie rozmawiać. Posiadają jasne cechy charakteru, ale relacje między nimi czytelnik musi w dużej mierze dopowiedzieć sobie sam, gdyż narracja pozbawiona jest wglądu w ich wewnętrzne przemyślenia czy bardziej prywatne chwile.
Sposób prowadzenia narracji sprawia również, że niemal każdy etap podróży traktowany jest z podobną uwagą. Organizacja przyjęcia urodzinowego otrzymuje od autora zbliżoną przestrzeń co wyruszenie w drogę, odniesienie ran przez bohatera, śmierć czy sam finał całej historii. Zdecydowanie wolę bardziej emocjonalne podejście do snucia opowieści, traktuję to jednak jako osobistą preferencję, a nie wadę „Władca Pierścieni”. Obiektywnie rzecz biorąc, książka ta jest wad niemal całkowicie pozbawiona.
Przyznam też, że niespecjalnie przepadam za rozdziałami poświęconymi Frodo Bagginsowi i Samwise’owi Gamgee. O wiele bardziej wolę towarzyszyć drugiej części Drużyny Pierścienia – tam dzieje się po prostu więcej rzeczy istotnych dla świata i fabuły. Frodo i Sam głównie wędrują, rzadko spotykając kogoś na swojej drodze. Zresztą dokładnie ten sam problem mam podczas seansu filmowej trylogii.
Teraz inaczej spojrzę na fantasy
Cieszę się, że po latach wróciłam do tej historii. Dzięki temu lepiej rozumiem jej fenomen, misterną konstrukcję, styl narracji oraz ogólną wielkość, bo to bez wątpienia dzieło monumentalne. Jednocześnie jednak z jeszcze większą radością powracam do współczesnego fantasy – teraz być może z zupełnie nowym, głębszym spojrzeniem na ten nurt literatury.

Tytuł: Władca Pierścieni
Autor: J.R.R. Tolkien
Tłumaczenie: Maria Skibniewska
Liczba stron: 1278
Gatunek: high fantasy
Wydanie: Muza, 2013