„Toń” to powieść Marty Kisiel, którą przeczytałam w 2021 roku. Jednocześnie był to mój powrót do „Trylogii wrocławskiej”, ponieważ już w 2019 roku przeczytałam inny tom z cyklu. Jak odebrałam tę powieść i czy fani urban fantasy powinni zwrócić na nią uwagę? Sprawdź!

Sprawdź recenzje innych tomów „Cyklu Wrocławskiego”: „Nomen omen” | „Płacz”
Oż te dziwne zasady…
Justyna wraca do rodzinnego mieszkania we Wrocławiu, w którym mieszkają jej siostra Eleonora oraz zdziwaczała ciotka Klara. Z miejsca przypomina sobie, dlaczego stamtąd uciekła: te niedorzeczne reguły! Przecież zakaz zapraszania i wpuszczania kogokolwiek do domu pozbawiony jest najmniejszego sensu. Gdy więc pod drzwiami zjawia się tajemniczy mężczyzna, dziewczyna po prostu otwiera mu drzwi, nieświadomie uchylając wrót do poznania skomplikowanej przeszłości własnej rodziny.
Sięgnęłam po „Toń” w poszukiwaniu czegoś lekkiego
Po kilku trudniejszych pozycjach, których lektura bywała po prostu męcząca, musiałam sięgnąć po coś lżejszego i przyjemniejszego – tak dla własnego psychicznego komfortu. A ponieważ twórczość Marty Kisiel stanowi w tej kwestii niezawodną gwarancję, mój wybór padł na „Toń” – niezbyt obszerną powieść należącą do cyklu, od którego zaczynałam swoją przygodę z twórczością tej autorki.
Na wstępie warto zresztą chronologicznie uporządkować tę serię. W serwisie Lubimyczytać.pl książka „Nomen omen” figuruje jako tom drugi, z kolei „Toń” otwiera cykl jako część pierwsza*. Jednak biorąc pod uwagę daty wydania, kolejność okazuje się odwrotna – i w taki właśnie sposób miałam okazję te powieści poznać. Z perspektywy czasu bardzo się z tego cieszę i sama polecałabym taki układ. Choć fabuła nie stanowi bezpośredniej kontynuacji, czytając najpierw „Toń”, można odebrać sobie kilka sporych zaskoczeń podczas lektury „Nomen omen”.
Ta powieść jest zdecydowanie lepsza!
Muszę wyraźnie zaznaczyć, że „Toń” jest pozycją zdecydowanie lepszą. Poważniejszą i mocniej skupioną na ukazaniu bardzo ludzkiej historii, choć przebranej w fantastyczny kostium i okraszonej charakterystycznym humorem Marty Kisiel. Powieść nie jest wprawdzie pozbawiona pewnych zgrzytyów – rozmowy bohaterów bywają momentami aż nadto potoczne, co potrafiło wybić mnie z rytmu. Narracja bywa też rwana; autorka często przerywa akcję, by powrócić do niej po kilku stronach i w ten sposób stopniowo budować napięcie. Zazwyczaj ten zabieg działa, ale nie zawsze – w paru momentach po prostu zgubiłam wątek.
„Toń” ma ciekawie wykreowane postacie
Poza tym jestem jednak mile zaskoczona tym, jak dobrze na nieco ponad 300 stronach udało się wykreować bohaterów. Owszem, bazują oni na pewnych schematach (które Kisiel zresztą umiejętnie łamie), ale każdy z nich posiada wyraziste wady i zalety. Dzięki temu wypadają niezwykle autentycznie, a relacje między nimi tętnią życiem. Szalona Justyna, poukładana Eleonora oraz starająca się nad nimi zapanować Klara świetnie się uzupełniają, choć postacie drugoplanowe wypadają chyba jeszcze ciekawiej.

Trudne tematy mimo lekkiego tonu
Mimo lekkiego tonu całości, pisarka podjęła naprawdę wymagającą tematykę. Dzieje rodziny Stern nie należą do prostych, dostajemy tu więc całkiem sposobność do analizowania i rozgrzebywania przeszłości. Nie jest to co prawda poziom skomplikowanych psychoanaliz, ale „Toń” radzi sobie z tym motywem zaskakująco sprawnie. Przyznaję – nie spodziewałam się tego.
Jedynym elementem, którego nieco mi brakowało, było mocniejsze rozbudowanie niektórych relacji. Choć poprowadzono je poprawnie, to zwłaszcza w przypadku bohaterów z drugiego planu aż prosiłoby się o pogłębienie więzi. Z drugiej strony, jak na tak niewielką objętość i spore nagromadzenie wątków, całość prezentuje się doprawdy udanie.
Wrocławskie urban fantasy i powieść „akurat”
Świat przedstawiony w „Toni” nasunął mi pewną refleksję: polscy autorzy urban fantasy po prostu kochają Wrocław i zdają się myśleć o tym mieście w bardzo podobny sposób. Wizja wykreowana przez Martę Kisiel nie jest specjalnie skomplikowana i opiera się na prostych, dobrze znanych motywach. Autorka nie odkrywa Ameryki i korzysta z utartych schematów, ale nie mam jej tego za złe. Książka doskonale spełnia swoją funkcję rozrywkową, a historia głównych bohaterki stanowi wystarczający fundament dla całej opowieści.
W trakcie czytania przyszła mi do głowy jedna myśl: „Toń” to powieść z kategorii „akurat”. Akurat na początek przygody z gatunkiem. Akurat na odprężenie po ciężkim dniu. Akurat na poprawę humoru i skłonienie do lekkiej refleksji nad własną rodziną. Nie jest to dzieło wybitne ani przełomowe, ale… czasem to w zupełności wystarcza. Wbrew pozorom na rynku wcale nie ma tak wielu lekkich pozycji, które trzymałyby jednocześnie satysfakcjonujący poziom literacki.
*W 2026 roku sytuacja uległa zmianie; „Toń” to drugi tom cyklu.

Tytuł: Toń
Tytuł serii: Cykl Wrocławski
Numer tomu: 2
Autor: Marta Kisiel
Liczba stron: 2018
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Uroboros, Warszawa 2018
2 thoughts on “Toń: trzy panny Stern w magicznym Wrocławiu [recenzja] [archiwum]”