„Dobry omen” to zekranizowana powieść, od której zaczęła się kariera Neila Gaimana. Napisana w duecie z Pratchettem, łączy urban fantasy z żartem. Jak podobała mi się ta historia?

Sprawdź recenzje innych książek urban fantasy: „Do zakochania jeden urok” | „Panie czarowne” | „Kołysanka dla czarownicy”
Co z tym Antychrystem?
Crowley jest demonem odpowiedzialnym za sprawowanie opieki nad Antychrystem. Gdy chłopiec dorośnie, nastąpi koniec świata, a dobro i zło stoczą ostateczną walkę. Z tym że Crowley całkiem ceni sobie życie wśród ludzi i wcale nie chce opuszczać ziemskiego padołu. Dlatego ze swoim (nie)przyjacielem oraz aniołem piątej kategorii, Azirafalem, próbuje jakoś temu zaradzić.
„Doby omen” miał być dobrą zabawą
Ta książka miała zadatek na powieść, przy której będę się wybornie bawić. Ale ostatecznie wypadła moim zdaniem przede wszystkim dość chaotycznie. „Doby omen” został napisany przez dwóch popularnych i cenionych pisarzy. Neil Gaiman i Terry Pratchett w jednym projekcie brzmi jak przepis na sukces. Aczkolwiek nawet żartobliwe, lekkie fantasy powinno mieć przecież odpowiedni rytm i strukturę.
Dobre momenty i bohaterowie
„Dobry omen” ma swoje momenty. Niektóre akapity, czy nawet zdania potrafią być jednocześnie trafne i zabawne. Jednocześnie to żarty raczej eleganckie, całkiem inteligentne i puchate, w żadnym razie nie sprośne/obleśne. I to jest chyba największa siła tej książki.
Druga największa siła to duet Crowley’a oraz Azirafala. To postacie, które niby się nie lubią, ale tak naprawdę łączy je po prostu głęboka przyjaźń. Moim zdaniem jest pomiędzy nimi dobra chemia, a i demon, i anioł, dają się po prostu lubić.
To w ogóle jedno z tych urban fantasy, w której i piekło, i niebo są po prostu niekompetentnymi organizacjami, które nie radzą sobie z podstawowymi zadaniami. Anioły nie tańczą, a diabły wciąż są mentalnie w średniowieczu, zaś to ludzie odpowiadają w największej mierze za dobro i zło tego świata. To w gruncie rzeczy typowy zabieg dla angel fantasy, ale w tym przypadku po prostu jest to wyciągnięte do granic absurdu. W końcu bądź co bądź to po prostu komedia.
Chaotyczna historia pełna przeskoków
Z tym że w momencie, kiedy odchodzimy od głównych bohaterów, to ta historia naprawdę robi się po prostu chaotyczna. Skaczemy pomiędzy postaciami, scenkami, momentami w życiu i historii i choć to wszystko prowadzi do prostego zakończenia, to mnie konstrukcja tej powieści potrafiła po prostu męczyć. Oczywiście, trochę ją rozumiem: więcej postaci to więcej stereotypów do przerobienia i więcej żartów do opowiedzenia. Ale gdyby tak to wszystko trochę uporządkować to z „Dobrego omenu” mogłaby wyjść naprawdę znacznie lepsza powieść. Zwłaszcza że drugoplanowe postacie, tak czy siak, nie dorównują głównym protagonistom, dlatego osobiście po prostu wolałabym się trzymać właśnie ich.
To dość charakterystyczna powieść
Dobrze było się z tą historią zapoznać i na pewno same postacie są na tyle charakterystyczne, że zapadną mi w pamięć na dłużej. Ale przyznaję, po tym duecie liczyłam na coś więcej. Na historię o lepszym rytmie, która przy tym bardziej mnie zaskoczy fabularnie. Bo niestety, i historia wydaje się tutaj trochę klejona na ślinę, bez zwrotów akcji, których bym się nie spodziewała. Choć może po prostu przeczytałam już trochę za dużo podobnej fantastyki, by komediowa książka stworzona w latach 90. robiła na mnie efekt „wow”.
Aczkolwiek jeśli ktoś z Was szuka lekkiego urban/angel fantasy, które jest żartobliwe i lekkie, a nie zna jeszcze tej powieści Gaimana i Pratchetta to być może warto dać jej szansę.

Tytuł: Dobry Omen
Autor: Neil Gaiman, Terry Pratchett
Tłumaczenie: Juliusz Wilczur-Garztecki, Jacek Gałązka
Liczba stron: 416
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Prószyński i S-ka, 2019
1 thought on “Dobry omen: niekompetentni aniołowie i demony vs żart Pratchetta i Gaimana [recenzja] [archiwum]”