„Do zakochania jeden urok” to książka, po której niewiele się spodziewałam, a która okazała się moim pozytywnym zaskoczeniem. Dlaczego? Sprawdź, jak odebrałam to polskie urban fantasy, które skupia się na romansie.

Poznaj recenzje innych książek romantasy: „Słowo i miecz” | „Przebudzeni” | „Krew i popiół”
Margo odmawia używania czarów
Bibliotekarka Margo wywodzi się ze szkockiej rodziny czarownic, ale kategorycznie odmawia używania i nauki czarów. Pewnego dnia spotyka się z przyjaciółką i udaje przed nią, że rzuca zaklęcie, mające przywołać jej wymarzonego mężczyznę. Nie wie jednak, że czar okazał się zaskakująco udany.
„Do zakochania jeden urok” wzbudza we mnie sprzeczne emocje
Ta książka wzbudza we mnie sprzeczne emocje. „Do zakochania jeden urok” to powieść, którą napisała Ludka Skrzydlewska. Nie znałam wcześniej tej autorki, a wydawnictwu Kobiecemu nieszczególnie ufam, jeśli chodzi o jakość literatury, ale przyznaję, że… kupiła mnie okładka. Ot, tak po prostu uznałam, że całkiem mi się podoba i w związku z tym przeczytam sobie tę książkę, zwłaszcza że tematycznie idealnie wpasowywała mi się jako książka na „dobranoc” i przerywnik od cięższej Ursuli Le Guin. I mniej więcej przez pierwszą połowę plułam sobie w brodę za tę decyzję.
Styl wymagający wsparcia redakcji
To, co od razu rzuciło mi się negatywnie w oczy to styl autorki. Wprawdzie dość lekki, ale zdecydowanie wymagający (jeszcze?) większego wsparcia redakcji. Już od pierwszych stron narracja powtarza nam kilkukrotnie, kto jest kim, gdzie studiowała Margo, dlaczego wróciła, gdzie wróciła, jak bardzo jest wyjątkowa, jak bardzo jest normalna, jak bardzo bardzo lubi tego przystojnego weterynarza i jak bardzo lubi i jednocześnie nie lubi swojej rodziny. Nie ma w tym za grosz subtelności, a powtórzenia przynajmniej dla mnie szybko stały się po prostu męczące.
Gdy już zostaje nam ustanowione, kto jest kim i dlaczego troszeczkę się ten stan rzeczy normuje, ale w dalszym ciągu w trakcie zdarzają się w narracji tego typu powtórzenia, tak jakby czytelnikowi TRZEBA BYŁO KONIECZNIE o wszystkim przypominać, bo przecież, po co uwierzyć w jego intelekt i w to, że załapał już za pierwszym razem.
Miłosny trójkąt z toksycznymi elementami
W każdym razie, po tym niezbyt zgrabnym wstępie, autorka wrzuca nas do pierwszego segmentu powieści, w którym to Margo wpada w miłosny trójkąt. I jeden, i drugi mężczyzna jest protagonistką szczerze zainteresowany, choć ta jest przecież zwykłą szarą myszką. Żaden też w moim odczuciu nie ma z nią żadnej chemii, obydwoje zachowują się dość toksycznie (Margo zresztą troszkę też), a ten, którego bohaterka sobie „wyczarowała” wzbudzał we mnie cały czas szczególną nieufność. Nie chce tu zbyt wiele zdradzać, jednak sposób, w jaki jest wykreowany Theo, określiłabym po prostu jako „creepy”.
Przyznaję, obawiałam się, że tak będzie wyglądała cała powieść i gdyby tak było, pewnie nawet bym jej nie skończyła. Pierwsza połowa naprawdę mnie męczyła i miałam poczucie, że w sumie nie mam czego w tej historii szukać.
Romans schodzi na dalszy plan
W drugiej połowie jednak romans odchodzi na dalszy plan, a narracja zaczyna skupiać się na rozwiązywaniu rodzinnej tajemnicy. Oczywiście już w pierwszej połowie w narracji pojawiały się zapowiedzi, że coś takiego będzie miało miejsce, jednak spodziewałam się, że będzie to raczej dodatek, który pomoże doprowadzić do jakiegoś finału, jak to często w romantasy bywa, a nie aż tak mocna zmiana. Po prostu w którymś momencie ze słodkiego (sic!) romansu historia zmienia się w niemal pełnoprawny kryminał fantasy – być może nie najwyższych lotów, ale… całkiem wciągający.
Naprawdę tego kompletnie się nie spodziewałam. W jednej chwili miałam ochotę po prostu odłożyć to głupie romansidło, ale uznałam, że jeszcze kawałek… a potem ocknęłam się po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, odkrywając, że wsiąknęłam, co ostatnio wcale nie zdarza mi się często.
To dalej lekka i przewidywalna historia
Oczywiście to w dalszym ciągu była bardzo lekka historia, której styl naprawdę chwilami nie domagał, a zakończenie było w moim odczuciu dość łatwe do przewidzenia, jednak wydaje mi się, że autorce udało się wstrzelić w odpowiedni rytm opowiadania historii, a podpowiedzi i wskazówki stopniowo podawane czytelnikowi w pierwszej połowie książki zaczęły się „spłacać”.
Przyznaję, jest to trochę ironiczne, że w książce, która w ponad połowie jest po prostu romansem (bo w drugiej połowie też swoje elementy ma), najsłabszym ogniwem jest właśnie romans. Ta książka wygląda trochę tak, jakby autorka początkowo nie wiedziała do końca, co chce napisać i trochę kręciła się w kółko, a potem wszystko jej „kliknęło” i zaczęło tworzyć spójną całość. Chyba już dawno nie trafiłam na powieść, która w trakcie zmieniłaby się na lepsze, a nie na gorsze, i to w znacznym stopniu.
Ta scena tu nie pasuje
Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wspomniała o chyba najgorszej scenie w tej powieści. [SPOILERY] Wyobraźcie sobie, że tajemnicza siła czyha na Wasze życie. Zmarła Wasza kuzynka, odszedł Wasz kot, Wasza matka i inny bliski człowiek są w szpitalu, prawdopodobnie przez Was. Czekacie jak na szpilkach na dalsze działania, wiecie, że lada chwila temat może ruszyć z kopyta. Co robicie w takiej sytuacji? Ja pewnie siedziałabym jak na szpilkach, odświeżając telefon, albo łażąc w kółko po pomieszczeniu. Margo zaś uznała, że to doskonały moment na przeżycie swojego pierwszego razu z miłością życia, o której właściwie nic nie wie. Na całe szczęście, scenka erotyczna była tylko jedna i to na dodatek całkiem krótka. [KONIEC]
„Do zakochania jeden urok” na pewno jest moim o dziwo, pozytywnym zaskoczeniem. Czy polecałabym tę książkę? Tym, którzy szukają lekkiej literaty pewnie tak, choć z zastrzeżeniem, że ma ona swoje problemy. Niemniej, oczywiście, jeśli ktoś ma kosę z romansami i jest szczególnie czuły na problemy ze stylem – zdecydowanie przemyślałabym dwa razy, czy jest sens po nią sięgać.

Tytuł: Do zakochania jeden urok
Tytuł serii: Czarownice z Inverness
Numer tomu: 1
Autor: Ludka Skrzydlewska
Liczba stron: 480
Gatunek: urban fantasy, romantasy
Wydanie: Kobiece, 2023