„Death Note” był jednym z pierwszych anime, które poznałam. Zabierając się na wersję filmową wiedziałam, że to nie bedzie dobry film, ale i tak zależało mi na tym, by ją obejrzeć. Sprawdź, jaką miałam opinię na jej temat w 2019 roku!

Poznaj więcej historii urban fantasy!
Ligh ma w ręce Notatnik Śmierci
Light Turner (Nat Wolff) staje się strażnikiem Notatnika Śmierci, zeszytu pozwalającego na uśmiercanie osób po wpisaniu do niego ich nazwiska. Nastolatek zaczyna zabijać przestępców. Policja próbuje odkryć, kto stoi za tajemniczymi śmierciami, gdy do akcji wkracza L (LaKeith Stanfield) – genialny detektyw.
Nie znam wielu anime. Nie dlatego, że ich nie lubię – raczej po prostu nie mam na nie czasu. Nie zmienia to faktu, że „Death Note” to jedna z niewielu historii, które naprawdę na długo zapadły mi w pamięć i ciągle gdzieś mi towarzyszą: ta dość stara już animacja niewątpliwie należy do moich ulubionych, dlatego gdy dowiedziałam się, że ma wyjść filmowa wersja tej historii, byłam jej niezwykle ciekawa. A potem, po premierze, zaczęły sypać się negatywne opinie. Uznałam więc, że chyba nie ma sensu zabierać się za netflixowego „Death Note’a”. Po czasie jednak złamałam się w tym postanowieniu i… och, jak bardzo tego żałuję.
Adaptacja nie musi być kopią!
Zacznijmy może jednak najpierw od wyjaśnienia sobie pewnej kwestii. Nie uważam, że adaptacja czy ekranizacja ma dokładnie oddawać pierwowzór. Każdy twórca ma prawo zrobić sobie z danym dziełem, co tylko chce i jak tylko chce. Grunt, by takowe samodzielnie potrafiło się obronić: przedstawiało dobrą historię, skłaniało do refleksji czy choćby stanowiło przyjemną rozrywkę. A filmowy „Death Note” z 2017 roku to po prostu… naprawdę zły film. [SPOILERY z mangi, anime oraz filmu – jeśli ich nie chcesz, przejdź do ostatniego akapitu.]
Dlaczego oryginalny „Death Note” działał?
Co sprawia, że oryginalny „Death Note” działa? Właściwie… wiele elementów, bo to po prostu dobrej jakości dzieło. Ale zacznijmy może najpierw od samych głównych bohaterów. Oryginalny Light to chłopak, który właśnie kończy liceum. Jest bardzo inteligentny, pewny siebie i elegancki. Trochę znudzony życiem – bo po prostu wszystko przychodzi mu bardzo łatwo – ale jednocześnie lubiany, z bardzo silnym kręgosłupem moralnym.

Kim jest Light z filmu?
A kim jest Light z wersji z 2017 roku? Szesnastoletnim luzerem, który odrabia za innych zadania domowe, kompletnie niestabilnym psychicznie, z moralnością, o której nie możemy powiedzieć absolutnie nic. Filmowy L wypada nieco lepiej: mniej więcej do połowy filmu faktycznie jest tym dziwnym geniuszem, który chce rozwiązać sprawę, choć ma kilka dziwnych wpadek (np. wychodząc przed tłum w golfie, bez podawania swojego imienia, potrafił wywnioskować, że morderca do zabójstwa potrzebuje właśnie twarzy i imienia). Gdy jednak w połowie „Death Note’a” dzieje się pewien… kompletnie bezsensowny plot twist (biorąc pod uwagę, jak wiele lepszych rozwiązań było w oryginale), z chłodnego introwertyka zmienia się w impulsywnego agresora. Naprawdę? Przepraszam, ale to nie jest „mój” L.
Drugi plan w filmie też nie daje rady…
Postacie drugoplanowe również wypadają nie najlepiej, jeśli porównamy je do oryginału. Ryuk (Willem Dafoe), czyli shinigami, to w animowanym serialu znudzony życiem bożek śmierci, który nie jest ani dobry, ani zły: jest wprawdzie postacią, która sprawiła, że całe domino związane z zabójstwami Lighta ruszyło, ale poza tym raczej trzyma się z boku, je jabłka i rzuca śmiesznymi tekstami. W tym przypadku zrobiono z niego czarny charakter, który w absurdalny, „straszny” sposób zachęca naszego niestabilnego nastolatka do robienia złych rzeczy. A Misa Misa, czy raczej Mia (Margaret Qualley)? Cóż, to właściwie intrygantka, często bardziej niestabilna od Lighta, której ani nie da się szczególnie lubić, ani która nie robi niczego nadzwyczajnego. Po prostu.
Ten film spłaszcza tematykę
Filmowy „Death Note” nie zawiera jednak nie tylko znanych z oryginału postaci, rywalizacji pomiędzy dwójką geniuszy czy śmiesznych wtrąceń Ryuka (który i tak w tej produkcji wypada nieźle), ale nie porusza też tematyki moralności: ot, zabijamy, bo fajnie, a im bardziej krwawo – tym lepiej. Film nie idzie jednak w stronę gore aż tak bardzo, by widz w pełni to „kupił”. Ponadto twórcy często w kompletnie bezsensowny sposób zmieniają niektóre elementy, które w oryginale świetnie działały i mogłyby działać także tutaj. Przykład? Oczywiście! W oryginale Ryuk upuszcza notes, bo… mu się nudzi. Miał dwa. Jeden upuścił, by zobaczyć, co się stanie, po czym chodził przyczepiony do Lighta z czystej ciekawości – bogowie śmierci po prostu nie mają za dużo do roboty. W przypadku filmu z 2017 roku zeszycik ma „strażnika”, do którego przyczepiony jest shinigami, bo… bo tak.
Czy komuś ten „Death Note” może się podobać?
Czy jednak ta odsłona „Death Note’a” ma szansę się podobać? Tak, ale tylko pod warunkiem, że widz nie należy do wymagających. Twórcy z naprawdę głębokiej historii zrobili niskiej klasy, niestraszny horror o młodzieży i dla młodzieży. Relacje między postaciami rodzą się nienaturalnie szybko, z wyborami bohaterów zgodzić się chyba mogą często tylko młodzi ludzie (jeśli w ogóle ktoś jest w stanie im przytaknąć) i to samo dotyczy utożsamiania się z nimi. Nie zdziwię się więc, jeśli nastoletnia osoba powie mi, że to jest absolutnie świetny film, ale jednocześnie po prostu nie będę w stanie się z tym zgodzić.
Naprawdę nie wiem, co autorzy w tym przypadku mieli na myśli. Mając tak dobry materiał źródłowy, naprawdę nie trzeba było wiele, by zrobić także niezły film. Wystarczyło wyciąć z oryginału najważniejsze fragmenty albo nawet wymyślić własną historię, zostawiając tylko główny motyw oraz głównych bohaterów, bez których „Death Note” raczej nie jest w stanie funkcjonować. Być może ktoś uznał, że młody widz, do którego kierują film, nie powinien nawet myśleć o dołączeniu do Lighta (bo w oryginale ten ma naprawdę niezłe argumenty związane z tym, co robi)? Może Ryuk wydał się im zbyt sympatyczny jak na postać niosącą śmierć? Trudno mi powiedzieć. W każdym razie, jeśli chcecie obejrzeć albo przeczytać coś dobrego, polecam oryginał. „Death Note” produkcji Netflixa to po prostu niezła strata czasu.

„Death note” (2017)
reż. Adam Wingard
horror, dark fantasy