„The Disaster Artist” był w momencie premiery dość głośnym filmem. Jak mi się podobał, kiedy zabrałam się za niego w 2019 roku? Sprawdź recenzję, dowiedz się, o czym jest, do czego nawiązuje i czy jest to historia dla Ciebie.

Poznaj więcej recenzji niefantastycznych filmów!
Marzenie o Hollywood i niezwykła przyjaźń
Tommy Wiseau zasłynął dzięki swojemu kultowemu już „najgorszemu filmowi świata” – „The Room” z 2003 roku. Współtworzył go ze swoim najlepszym przyjacielem, Gregiem, gdy Hollywood odrzuciło ich, nie pozwalając im spełnić marzeń o byciu gwiazdami kina. Współpraca z tak ekscentrycznym artystą jak Wiseau nie była jednak prosta.
„The Disaster Artist” to wciągająca opowieść
O „The Room” słyszałam już lata temu. Mimo próby obejrzenia go nigdy nie udało mi się przebrnąć przez ten film w całości. Oglądając go, bezustannie mam wrażenie, że kompletnie nie wiem, o czym to dzieło jest, a ponieważ nie należę do osób szczególnie cierpliwych, wytrzymuję najwyżej pół godziny seansu. Wiem jednak, jak kultowym jest dziełem, a o „The Disaster Artist” słyszałam wiele dobrych opinii. Wybrałam więc film Jamesa Franco i absolutnie nie żałuję tej decyzji.
To jednocześnie ciepła, dziwna, śmieszna i tragiczna historia. Ciepła – bo relacja Tommy’ego i Grega ma swój niezaprzeczalny urok, mimo sporej różnicy wieku dzielącej tę dwójkę. Dziwna – bo Wiseau trudno zrozumieć; jego wybory życiowe i poczynania całkowicie wymykają się prawom logiki. Śmieszna – bo odrealnienie tego artysty po prostu musi momentami wzbudzić śmiech. Tragiczna… cóż, to mimo wszystko historia niezrozumianego twórcy. Śmiech wywoływany przez „The Disaster Artist” bywa śmiechem przez łzy.
Przy tym film Franco bez reszty wciąga i fascynuje. Bo jak można być jednocześnie tak bogatym i tak nieugiętym, by właściwie w pojedynkę stworzyć pełnometrażowy film? Napisać scenariusz, sfinansować plan zdjęciowy, opłacić aktorów, wyreżyserować całość i jeszcze zagrać główną rolę?

Bracia Franco na planie
James Franco w „The Disaster Artist” próbuje może nie odpowiedzieć wprost na pytania, ale pochylić się nad kluczowymi kwestiami związanymi z głównym bohaterem. Nie tylko nad sprawą jego finansów (do dziś nie wiadomo, skąd Wiseau wziął swoje miliony), ale też nad niezbyt chwalebnym podejściem do kobiet, przyjaźni czy jego pilnie strzeżonej prywatności.
Warto dodać, że Franco sam gra rolę Wiseau, a w postać Grega wciela się jego młodszy brat, Dave. Chyba nie można było wybrać lepiej: nie wątpię, że bracia są sobie bliscy i świetnie się rozumieją. Dzięki temu chemia między ekranowym Tommym i Gregiem naprawdę działa i pozwala głęboko wsiąknąć w historię. W końcu to przede wszystkim film o unikalnej przyjaźni tej dwójki.
Przy tym wszystkim produkcja w zachwycający sposób odtwarza przedstawianą rzeczywistość. Fragmenty z „The Room” nagrane na nowo wyglądają niezwykle autentycznie, a James Franco wprost fenomenalnie wczuwa się w swoją postać. Świetnie oddaje manierę, z jaką mówi Wiseau, a także jego ruchy i ekspresyjną mimikę. Osobiście dopiero wtedy, gdy porównałam twarze obu panów, zorientowałam się, jak bardzo się od siebie różnią. Franco jest od Wiseau młodszy, przystojniejszy… i o wiele mniej odpychający.
Próba zrozumienia nietypowej postaci
Choć zabawny, „The Disaster Artist” nie jest tanią parodią, która ma na celu jedynie wyśmianie dziwaka, jakim niewątpliwie jest Tommy Wiseau. Film naprawdę próbuje zrozumieć tę postać, choć w dalszym ciągu pozostawia czytelnikowi i widzowi więcej pytań niż odpowiedzi. To niezwykle ciekawy obraz o fascynującej osobie i unikalnej relacji, który z pewnością warto zobaczyć.

„The Disaster Artist” (2017)
reż. James Franco
tragikomedia, biograficzny