„Green Book” zgarnął trzy Oscary za 2018 rok. Było więc o tym filmie dość głośno i choć mam poczucie, że w 2026 roku nie jest zbyt często wspominany, to wtedy, kiedy powstała poniższa recenzja, czyli w 2019 roku, regularnie o nim słyszałam. Czy warto obejrzeć tę produkcję?

Podróż przez Południe
Nowy Jork, lata 60. Choć Tony Lip (Viggo Mortensen) nie jest szczególnie inteligentny, to na pewno nie brakuje mu sprytu i lojalności. Kocha swoją rodzinę i chce zapewnić jej jak najlepszy byt. Gdy przez kilka miesięcy ma być pozbawiony pracy, dostaje nietypową ofertę: ma być szoferem i ochroniarzem czarnoskórego muzyka, dr. Dona Shirleya (Mahershala Ali), w trakcie jego trasy po południowych stanach USA. Mimo uprzedzeń związanych z artystą Lip przyjmuje posadę, skuszony wysoką płacą.
Przyjemne kino drogi, ale czy oscarowy arcydzieło?
Oscar za najlepszy film w 2018 roku powędrował do „Green Book” – produkcji opowiadającej o przyjaźni dwóch mężczyzn z całkowicie różnych sfer oraz o problemie rasizmu w USA. To zresztą niejedyna nagroda, jaką zdobyło dzieło w reżyserii Petera Farrelly’ego. Czy słusznie? Nie uważam się wprawdzie za znawczynię kina, ale choć to całkiem przyjemny film, nie jestem pewna, czy na pewno aż tak wyjątkowy.
Niezaprzeczalne jest jednak to, że „Green Book” porusza wrażliwe tematy w lekki i przystępny sposób. Opowieść o przyjaźni Tony’ego i Dona ma w sobie sporą dawkę humoru i podana jest naprawdę zgrabnie – bez zbędnych dłużyzn i nadmiernego dramatyzmu. Kwestia rasizmu pozostaje tu jednak na drugim planie. To nasi bohaterowie są najważniejsi i to oni, a nie kraj, który przemierzają, mają przejść wewnętrzną przemianę.
Przemiana bohaterów i motyw rasizmu
Tyle tylko, że ta przemiana niekoniecznie dotyczy samego stosunku do koloru skóry. Lip, jako prosty cwaniak, ma na początku uprzedzenia co do Dona, ale miałam wrażenie, że wynikają one raczej z ogromnej różnicy w ich zachowaniu. Nasz muzyk też nie jest bowiem człowiekiem idealnym: nie zna „normalnego” świata i traktuje wszystkich z wyższością, a chyba nikt z nas nie przepada za taką postawą. Jeden musi więc zrozumieć, że „wyższe sfery” rządzą się swoimi prawami, do drugiego zaś musi dotrzeć, że nie zawsze trzeba sztywno trzymać się własnych, wymyślonych zasad.
Oczywiście temat rasizmu bezustannie przewija się przez cały film i w pewnym sensie stanowi motor napędowy wydarzeń na ekranie, jednak po seansie absolutnie nie czułam, bym dowiedziała się o nim czegoś nowego. Ten film gra na zbyt prostych motywach, by był w stanie skłonić do głębszych, zmieniających życie przemyśleń – przynajmniej w moim przypadku.

Lekka opowieść na wolny wieczór
Warto też zwrócić uwagę na to, że „Green Book” reprezentuje dość klasyczne kino drogi. Nasi bohaterowie spędzają większość czasu w samochodzie, przemierzając Stany, rozmawiając i stopniowo weryfikując swoje światopoglądy. Powoli buduje się między nimi relacja i zaczynają coraz lepiej się rozumieć. Trasa koncertowa jest tu właściwie jedyną osią fabularną. Pozbawiono ten film skomplikowanej zagadki, intensywnej przygody czy wyjątkowo dramatycznych, przełomowych scen. W trakcie podróży pojawiają się wprawdzie mniejsze lub większe problemy, ale dość szybko orientujemy się, że nie zagrożą one bohaterom w żaden poważny sposób – bo też nie to jest celem tej historii.
„Green Book” to przyjemne kino
„Green Book” to naprawdę przyjemny, dobrze nakręcony i świetnie zagrany film. Nie wydaje mi się jednak, by był wybitnie przełomowy czy wyjątkowy. Ot, to udane kino drogi, które warto włączyć w wolny wieczór, gdy z jednej strony nie szukamy na ekranie wybuchów i pościgów, a z drugiej – nie mamy ochoty na bardzo ambitne, trudne w odbiorze dzieło.

„Green Book” (2018)
reż. Peter Farrelly
dramat, komedia, biograficzny