„Legendy i latte” to cozy fantasy, które w pewnym momencie było dość popularną powieścią. Jak podobała mi się ta historia w duchu D&D, która jednak zamiast opowiadać o wielkich przygodach, opowiada o zakładaniu kawiarni przez orczycę?

Sprawdź recenzje innych książek cozy fantasy: „Papierowy Mag” | „Cud, miód, Malina” | „Basza smaku”
Emerytura poszukiwaczki przygód
Viv to orczyca, najemniczka i poszukiwaczka przygód. Postanawia jednak zakończyć swoją karierę, próbując czegoś nowego. Opuszcza swoją drużynę, aby otworzyć kawiarnię w mieście, które nawet nie wie, co to kawa.
Lekka, przytulna… ale czy dobra?
Przytulna, lekka fantastyka, która przy okazji trzyma pewien poziom to coś, co sprawdza się doskonale zawsze, nie tylko jesienią. Jednakże nie łatwo jest znaleźć taką, która przy tym byłaby po prostu naprawdę dobrą i wciągającą książką. „Legendy i latte” Travisa Baldree chyba jednak nawet nie próbowały ponad pewną przeciętność wyjść, w związku z tym, choć to lektura całkiem sympatyczna, to jednak chciałabym, aby było w niej troszeczke więcej „czegoś”.
„Legendy i latte” to obyczajowe fantasy
To doskonały przykład obyczajowego fantasy. Takiego, który opisuje po prostu zwykłe życie niby magicznych stworzeń. Dostajemy więc raczej generyczny świat wyjęty z rozgrywki RPG, którego nie trzeba szczególnie przedstawiać, bo to nie on jest tutaj istotny. Autor wyraźnie wie, z czym to się je i dobrze czuje się w takich realiach, więc przedstawia je wystarczająco dobrze, skupiając się na głównej bohaterce oraz na tym, jak rozwija ona swój interes.

Tu właściwie nie ma fabuły
„Legendy i latte” to nie jest powieść o jakiejś bardzo skonkretyzowanej fabule, która w jakiś sposób trzyma w napięciu. To naprawdę prosta, obyczajowa historia, w której Viv po prostu tworzy kawiarnie. Obserwujemy najpierw jak ją kupuje, remontuje, zatrudnia kolejne osoby, sprzedaje kawę… W międzyczasie zaczyna zaprzyjaźniać się z częścią postaci, a w tle pojawia się prościutka intryga, która pozwala autorowi nieco podkręcić akcję na samym końcu i domknąć powieść jako całość.
Biorąc pod uwagę, że mamy tu do czynienia z debiutem, historia jest napisana naprawdę poprawnie. Czyta się ją lekko i miło. Baldree stawia przy tym raczej na ogólnie poczucie ciepła w tekście, niż na rzucacie żartami, jak to robi na przykład Marcin Mortka w „Nie ma tego złego”.
Czegoś mi tu jednak brakuje
Niemniej, jak już wspominałam, mi w tej historii po prostu brakuje „czegoś”. I „tym czymś” mogłoby być naprawdę wszystko: bardziej wyrazisty styl, lepsza chemia pomiędzy bohaterami, nieco mocniej zawiązana intryga. Coś, co naprawdę wyróżniłoby tę powieść na tle podobnej fantastyki i sprawiłoby, że trudno o niej zapomnieć. Coś, dzięki czemu „Legedny i latte” byłyby czymś nieco więcej, niż książkowym symulatorem zakładania kawiarni, w trakcie którego odblokowuje się kolejne rodzaje kaw i ciasta, które można dodać do menu.
Co chyba warto zauważyć, choć to pierwszy tom z serii to powieść sama w sobie jest zamkniętą całością. W związku z czym bez problemu można potraktować ją po prostu jako jedyne spotkanie z bohaterami, jeśli akurat ktoś nie przepada za cyklami.
To nie do końca książka dla mnie
Z tego też powodu w moim odczuciu to kolejna dość generyczna historia, która niewiele do mojego w życia wnosi i w którą nie wkręciłam się na tyle, aby móc o niej powiedzieć, że zagwarantowała mi sporo dobrej rozrywki. Nie oznacza to jednak, że inne osoby się w nią nie wkręcą i nie będą się przy niej dobrze bawić, także jeśli przedstawiony przeze mnie opis powieści Wam odpowiada to być może „Legendy i latte” akurat Wam sprawią trochę radości.

Tytuł: Legendy i Latte
Tytuł serii: Legendy i Latte
Numer tomu: 1
Autor: Travis Baldree
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Liczba stron: 330
Gatunek: cozy fantasy
Wydanie: Insignis, 2023
1 thought on “Legendy i latte: łowczyni przygód otwiera kawiarnie [recenzja] [archiwum]”