„Ostatni brzeg” tak mocno wrył mi się w pamięć, że miesiące po przeczytaniu tej książki miałam koszmary. To powieść wyrażająca lęki o wybuch wojny atomowej, napisana w czasach zimnej wojny. Czy jest to lektura dla Ciebie? Sprawdź!

Sprawdź recenzje książek post-apo: „Skrzydła nocy” | „Zrodzony” | „Trupokupcy”
Australia to ostatni bastion ludzkości
Rok po wojnie atomowej Australia jest jednym z niewielu miejsc, do którego nie dotarło jeszcze promieniowanie. Nie ulega jednak wątpliwości, że to coraz bardziej się zbliża. Mieszkańcy wybrzeża muszą zmierzyć się z nieuniknionym.

Namacalny lęk o wybuch wojny
Gdyby ta książka powstała dzisiaj, prawdopodobnie doczekały się szczęśliwego zakończenia. Ale to książka SF wydana w 1957 roku, kiedy to lęk związany z wojną atomową był realny i namacalny. Dlatego już od pierwszych stron powieści „Ostani brzeg”, którą napisał Nevil Shute, wiadomo, że tutaj nie będzie plot twistu ratującego ludzkość, a koniec ludzkości zbliża się nieubłaganie z każdą kolejną stroną.
To jednotomowa powieść mająca ok. 350 stron – nie jest więc szczególnie długa, ale dla fantastyki z tamtego okresu nie jest to nic zaskakującego. Te strony zaś opisują ostatnie miesiące istnienia ludzkości, a przynajmniej według występujących na nich bohaterów, którzy o istnieniu innego życia, które przetrwałoby tę katastrofę po prostu nie wiedzą.

„Ostatni brzeg” to codzienne życie w obliczu katastrofy
Autor skupia się na grupie mieszkańców jednego rejonu, którzy na swój sposób próbują poradzić sobie z nadciągającą katastrofą. Część z nich jest sceptyczna, część niby rozumie, ale nie wierzy. Wszyscy chcą mieć nadzieję, ale większość zdaje sobie sprawę z tego, że sami siebie oszukują. Autor opisał dialogi i zachowania postaci naprawdę wiarygodnie i powiedziałabym, że bardzo zgrabnie. Doskonale da się w nich wyczuć to, że np. ludzie planują dalsze lata dla zajęcia myśli, albo trzymając się nadziei, że jednak przetrwają, ale że wcale w to jakoś szczególnie nie wierzą.

Irytujący spokój w oczekiwaniu na koniec
Jednocześnie w tym wyczekiwanym końcu jest pewien nieprzyjemny, drażniący spokój. To nie jest post-apokalipsa, w której bohaterowie zabijają się o zdobycie żywności. Nikt siebie nawzajem nie okrada, ludzie próbują żyć tak normalnie, jak to tylko jest możliwe, żywności nie brakuje. Od wojny minęła już chwila, większość osób pogodziła się już, przynajmniej powierzchownie, z nową rzeczywistością i po prostu próbują jakoś żyć, przeżyć to życie, znaleźć w nim jakiś sens, nadzieje, coś, co jednak pozwoli im przetrwać do końca.
Tak naprawdę nie ma tu za bardzo o czym się długo rozpisywać, przynajmniej nie w tej formie (bo pewnie specjaliści od psychoanalizy i innych takich mogliby na tej książce bazować). „Ostatni brzeg” nie ma bowiem jakoś szczególnie dużo istotnej fabuły, to bardzo obyczajowa historia o zwykłych ludziach, tylko żyjących w niezwykłych czasach, gdzie ta niezwykłość, niestety, niczym dobrym nie jest.

„Ostatni brzeg” jest ostrzeżeniem
„Ostatni brzeg” to nie jest miłe, rozrywkowe post-apo. To nie jest książka fantastyczno-naukowa, która ma pokazać wspaniałą przyszłość ludzkości. Powieść Shute’a jest raczej pewnym ostrzeżeniem, szczególnie realnym w latach 50. XX wieku, choć dzisiaj też wciąż aktualnym. I przy okazji dobrym, choć wcale nie przyjemnym obrazem ludzkości skazanym na zagładę.

Tytuł: Ostatni brzeg
Autor: Nevil Shute
Tłumaczenie: Zofia Kierszys
Liczba stron: 329
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Rebis, 2021