„Karmin” wygrałam w konkursie patronackim na jednym z danych blogów. Spodziewałam się, że będzie to kryminał. Okazało się jednak, że zdecydowanie nie. To powieść, której temat kręci się wokół starodruków. Jak odebrałam ją, gdy czytałam powieść w 2017 roku?

Selina szuka szczęścia we Włoszech
Max, artysta-cieśla, oraz odnawiająca stare księgi Selina wydają się być dla siebie stworzeni. Aż do kłótni, która wybucha niespodziewanie, sprawiając, że lądują w dwóch różnych zakamarkach świata. Ona we Włoszech, tonąca w książkach i objęciach tajemniczego Davida. On zaś w USA, próbując znaleźć szczęście w ramionach innej.
Agnieszka Meyer to osoba, której pisanie nie jest obce: wydała już e-book z esejami, pisała do gazet i czasopism. „Karmin” jest jednak jej pierwszą powieścią i mimo że autorka ma już jakieś doświadczenie w pracy nad słowem, to niepisana reguła mówiąca o tym, że pisarz umie pisać po trzech–czterech książkach, i u niej się sprawdza.
Sama inspiracja starodrukami nie wystarczy
„Karmin” to powieść z bardzo konkretną inspiracją: starodrukami. Książka wydaje się być wokół tego słowa wręcz obudowana. Główna bohaterka się nimi interesuje, jeden z głównych bohaterów także. Doskonale widać, że to coś, co panią Meyer zafascynowało i być może dalej fascynuje. Niestety, sama inspiracja nie wystarczy: miało być o starodrukach, o tajemnicy, o czymś nienamacalnym… a wyszło właściwie trochę jak zwykle.
Nim jednak do tego przejdę, skupię się na stylu autorki, bo według mnie to największy problem „Karminu”. Jak już wspomniałam, powieść napisana została wokół słowa „starodruk”. I to niemal dosłownie. Skoro mamy stare teksty, tajemnicze i na swój sposób romantyczne, to i styl powinien taki być, prawda? Agnieszka Meyer próbowała więc stylizować język na poetycki, piękny i delikatny jak skrzydełko motyla. Niestety, z nie najlepszym skutkiem.
Już na pierwszych stronach łapałam się za głowę, widząc „baobaby finansów” albo „misterny wzór kolczyka sekretarki”, który kompletnie nic innego do fabuły nie wnosi poza tym, że jest misterny. Meyer zdaje się nie znać umiaru w porównaniach, nader często zmuszając swoich bohaterów do nienaturalnych rozmyślań na filozoficzne tematy. A jak nie na filozoficzne, to o swojej przeszłości i o swoich bliskich. Przez to tempo powieści jest bardzo nikłe i niekiedy nużące. Mamy ogrom często kompletnie zbędnych opisów i wspomnień, a sama fabuła stoi w miejscu. Rozumiem, jaki był zamysł autorki, ale uważam, że prawdopodobnie brakuje jej jeszcze umiejętności, by takie coś zrobić dobrze. Tak po prostu.
Na całe szczęście najbardziej bolesny jest tylko początek książki. Bo albo ja się do stylu Meyer przyzwyczaiłam, albo im dalej w las, tym tych zastojów jest mniej (choć i tak jest ich sporo). W każdym razie, choć było to męczące, dałam radę dobrnąć do końca. Podejrzewam, że taki styl pisania niektórym paniom bardzo się spodoba, aczkolwiek ja widzę tu po prostu braki warsztatowe.
„Karmin” to przede wszystkim romans
Choć całość obraca się wokół słowa „starodruk”, to nie oznacza, że fabuła obraca się wokół starodruków. Jeśli to jest jedyny powód, dla którego chcecie sięgnąć po tę książkę, odradzam z ręką na sercu. Choć stare teksty są niezwykle ciekawe, autorka stawia jednak na romans; starodruki to tylko coś, co naprawia Selina i co pozwala na zbudowanie nieco naciąganej relacji z Davidem. Jednocześnie dodają historii trochę tajemnicy i poza tym nie robią kompletnie nic. To jest dodatek, nie główny temat samej historii.
Muszę pochwalić autorkę za pewną wartość edukacyjną, którą ze sobą niesie książka. Czytając, możemy poznać kilka faktów na temat konserwowania papieru, manuskryptów, historii i zabytków. Nie jest tego za wiele, ale Meyer podaje nam trochę ciekawostek i mniej znanych miejsc, które możemy zwiedzić. To naprawdę spora wartość „Karminu”, biorąc pod uwagę, że to przede wszystkim romans.
A właściwie nie romans: trzy romanse! W pewnym sensie przynajmniej. Max i Selina rozstają się w (według mnie) nieco głupich okolicznościach. Cóż, bywa, uznajmy, że w to wierzę, zwłaszcza że nasz bohater jest bardzo gwałtowną postacią. Potem wyjeżdżają. Rozstają się i próbują zacząć nowe życie, ciągle wracając myślami do siebie. Szczerze mówiąc, samego Maxa po prostu nie polubiłam. Nie przepadam za gwałtownymi osobami, a on na dodatek ma w sobie sporo agresji. To człowiek, którego w realnym życiu miałabym ochotę wielokrotnie pobić, tak po prostu. Poza tym jego wątek jest po prostu dość zwyczajny i nudny.
David to najciekawsza postać w tej powieści
Z Seliną sprawa ma się nieco inaczej. David, którego poznaje, to zdecydowanie najciekawsza postać w całej książce. Inteligencja i tajemniczość to w końcu coś, co po prostu musi przyciągać, prawda? 🙂 Przy okazji to po prostu miły facet, a sama Selina wiedzie ciekawsze życie niż Max. W porównaniu do jego wątku historia Davida i konserwatorki jest zdecydowanie ciekawsza. Niestety, nie jest to coś genialnego: jeśli ktoś zna choć trochę popkulturę, szybko załapie, o co z tym tajemniczym mężczyzną chodzi, i nagle okaże się, że jego motywy są po prostu dość nudne, bo typowe i powtarzalne.
Ostatecznie jednak, choć „Karmin” nie jest genialny, to jest czymś więcej niż typowym romansem. Widać w tym jakiś pomysł, widać chęć stworzenia czegoś niezwykłego; mimo wszystko to nie jest tak sztampowa historia, jak mogłabym się spodziewać. Styl autorki sprawia jednak, że książka niekoniecznie jest przyjemna w odbiorze. Na dodatek brakuje mi w niej czegoś dodatkowego: jakiegoś szczegółu, tajemnicy związanej ze starodrukami. Może odrobiny kryminału? Albo romansu sprzed wieków? Spodziewałam się, że w „Karminie” będzie jeszcze jakiś dodatkowy wątek poza romansem, niestety, przeliczyłam się.
Dla romantyczek, zakochanych w książkach i historii
„Karmin” to lektura, która spodoba się przede wszystkim romantyczkom zakochanym w książkach i historii. Nie wątpię, że do wielu takich osób książka w pełni trafi. Niestety, ja tym typem nie jestem. Przez książkę Agnieszki Meyer przebrnęłam, doceniłam to, co mogłam, ale wracać do niej na ten moment nie planuję.
Przesiadał się w Nowym Jorku niejako na własne życzenie – przegapił bezpośredni lot do Niemiec. Nawet nie był to zwyczajowy powód, czyli atak, po prostu źle odczytał godzinę.
– Idiotycznie – wymamrotał. W zasadzie nie śpieszył się, ale irytował go sam fakt skutku, jaki jedno błędne przesunięcie oczami po bilecie miało dla płynności jego podróży. Zdekoncentrowany przestał uważać na to, co się dzieje wokół niego. Stanął wraz z walizką i bagażem podręcznym przed stalowymi drzwiami windy mającej zabrać go na następny poziom lotniska, automatycznie omiatając wzrokiem stojących obok niego ludzi.
Fragment „Karminu” Agnieszki Meyer

Tytuł: Karmin
Autor: Agnieszka Meyer
Wydanie: Wydawnictwo MG, Kraków 2017
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura kobieca, romans
5 thoughts on “Karmin: Wokół starodruku [recenzja] [archiwum]”