„Amerykańscy bogowie” byli moim pierwszym spotkaniem z twórczością Neila Gaimana. Czytałam tę książkę w 2020 roku i krótko mówiąc, byłam cholernie znudzona. Jak wówczas opisałam tę znaną powieść amerykańskiego pisarza? Sprawdź recenzje!

Dowiedz się więcej o urban fantasy!
Cień opuszcza zakład karny
Gdy po trzech latach Cień opuszcza zakład karny, dowiaduje się, że jego żona zmarła w wypadku samochodowym wraz ze swoim kochankiem. Załamany mężczyzna podejmuje się pracy u tajemniczego Wednesdaya, który zdaje się prowadzić niebezpieczne interesy.
Ten rodzaj mrocznego klimatu mnie odrzuca
Istnieje pewna grupa książek, które swoim mrocznym klimatem od ręki mnie odrzucają. Horrory Strauba czy Kinga albo trylogia dla dzieci i młodzieży Zafóna to powieści utrzymane właśnie w takiej stylistyce. Nawet jeśli obiektywnie są dobre, to mi najzwyczajniej w świecie ten konkretny klimat nie do końca odpowiada i nie pozwala w pełni cieszyć się lekturą. Podobnie było z „Amerykańskimi bogami” Gaimana.
Co prawda wiedziałam, że po tego autora w końcu sięgnę, jednak nie czułam presji związanej z czytaniem jego książek, mając (jak się okazało – całkiem słuszne) przeczucie, że jego dzieła mogą mi nie do końca się spodobać. „Amerykańskich bogów” dorwałam jednak na wymianie książek jesienią 2019 roku… i w końcu musiałam się za nich zabrać.
„Amerykańscy bogowie” to książka, którą zaczynałam dwukrotnie
Właściwie podejścia miałam dwa. Przy pierwszym po kilku stronach odłożyłam książkę, uznając, że jakoś nie mam ochoty na tę lekturę. Za drugim podejściem było lepiej. Sam początek okazał się całkiem zadowalający. Podobała mi się zabawa słowem, postacie prowadziły całkiem iskrzące dialogi, a jak już przysiadłam do lektury, to nie miałam problemów ze wsiąknięciem w ten świat, mimo że też nie pochłaniałam powieści naraz. Im jednak dalej brnęłam w lekturę, tym większe znużenie i zmęczenie tekstem odczuwałam.
Wydaje mi się, że kluczowym problemem w tym przypadku jest właśnie ten nieco horrorowy klimat całości. Choć „Amerykańscy bogowie” to urban fantasy, to autor dość często idzie w mrocznym kierunku. Gaiman stara się budować niepokojący, nieco absurdalny świat, tyle tylko że ja właśnie taką konstrukcję odbieram raczej jako męczącą i nużącą niż fascynująco brutalną i mroczną.
Dobrze znam już ten koncept
Ponadto sam koncept na powieść, choć początkowo pozornie intrygujący, prędko zaczął w moich oczach tracić. Być może, gdy „Amerykańscy bogowie” ukazali się po raz pierwszy (około 2001 roku), byli pozycją dość świeżą. Dziś jednak tego typu pozycji nie brakuje, także na polskim rynku. Mamy choćby „Kłamcę” Jakuba Ćwieka, który wręcz zdaje się inspirować Gaimanem, mamy twórczość Anety Jadowskiej, Mai Lidii Kossakowskiej czy chociażby znany serial Supernatural („Nie z tego świata”).
Te wszystkie dzieła w mniejszym lub większym stopniu wykorzystują podobne motywy co Gaiman, często wrzucając mitologicznych bogów do naszego, zwykłego świata i nieraz poruszając problem wygasającej wiary. Nie dziwię się, że tak wielu twórców po ten motyw sięga, bo jest i ciekawy, i całkiem popytny, niemniej: efektu świeżości w przypadku tej historii po prostu nie odczułam.
Jaki jest Cień?
Kolejną kwestią, która chyba nie do końca mi odpowiadała, jest sam główny bohater. Cień jest takim dość typowym, raczej oschłym typem, podobnym do Geralta z „Wiedźmina” czy Vuko z „Pana Lodowego Ogrodu”. Postacią, która sprawdza się w narracji, ale (zwłaszcza w tym przypadku) nie jest nadzwyczaj ciekawą i skomplikowaną personą. To raczej postacie otaczające go zwracają uwagę, a nie sam Cień. Mimo tego to on jest głównym bohaterem i to z nim spędzamy najwięcej czasu. Wprawdzie nie jest bohaterem obleśnym i irytującym, ale w pewnym momencie i on zaczął mnie nużyć, co w połączeniu z wtórnym dla mnie światem przedstawionym i nie do końca odpowiadającym mi klimatem wcale w lekturze nie pomagało.
„Amerykańscy bogowie” to powieść drogi
Na dodatek „Amerykańscy bogowie” są powieścią drogi, w której nasze postacie podróżują przez USA, wypełniając coraz to kolejne zadania. Choć intryga jakaś się tu rozgrywa, to w gruncie rzeczy jej zakończenie nie jest przecież jakąś wielką tajemnicą, a sama podróż do celu po prostu była dla mnie średnio intrygująca. To zresztą często przypadek w chwili, w której czytam tego typu powieści: jeśli nie odpowiadają mi bohaterowie, czasem trudno utrzymać moją uwagę przy takiej konstrukcji historii.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tym przypadku powieść nie przypadła mi do gustu ze względu na moje własne upodobania, a nie przez samo jej wykonanie. Wprawdzie technicznie na pewno nie jest książką idealną (coś chyba jest nie tak z tempem akcji), ale ogólnie i obiektywnie patrząc… to po prostu poprawnie napisana powieść, która ma pełne prawo podobać się innym. Tylko z moimi gustami trochę się rozminęła. I tyle.
Co z tłumaczeniem?
Na sam koniec chcę powiedzieć jeszcze kilka słów o samym jej tłumaczeniu. Nie wiem, jak wypada nowa wersja i czy była zmieniana, ale w mojej z 2017 roku nie do końca rozumiem poczynania tłumaczki. Paulina Braiter niektóre nazwy tłumaczy, inne nie, robiąc to tak, jak jej się podoba i jak jej pasuje. Mamy więc Wielkanoc i Cienia, ale mamy również Wednesdaya i Lyesmitha.
Co prawda rozumiem, że w tych dwóch przypadkach istotna jest zabawa słowem autora, ale skoro tak… to czy nie lepiej byłoby zostawić wszystkie nazwy w oryginale? „Cień” brzmi przecież gorzej od oryginalnego „Shadow”. Rozumiem, że czasem dobrze jest coś przełożyć na język polski, ale gdy tłumacze przesadzają, wychodzą nam później takie „Łaziki” czy „Królowiectwa”… A gdy wkrada się tego typu dwujęzyczność w nazwach, to przynajmniej mnie ten fakt nieco wybija z lektury.

Tytuł: Amerykańscy bogowie
Autor: Neil Gaiman
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Liczba stron: 591
Gatunek: urban fantasy
Wydanie: Mag, 2017