„Każde martwe marzenie” to już piąty tom cyklu Roberta M. Wegnera. Jak podobała mi się ta książka, kiedy poznałam ją w 2020 roku? Czy cykl o Imperium Meekhańskim jest warty uwagi fanów high fantasy? Dowiedz się więcej na temat tej polskiej, epickiej serii!

Inne książki w cyklu: „Północ-Południe” | „Wschód-Zachód” | „Niebo ze stali” | „Pamięć wszystkich słów”
Zaczęłam lepiej rozumieć ten świat
Na południu wybucha powstanie niewolników. Czaardan Laskolnyka zmierza więc do Białego Konoweryn, aby pertraktować z młodą dzikuską, która – jak wieść niesie – objęła tron po swoim kochanku. Jeśli mu się nie uda, południe spłynie krwią ludzi pochodzących z Imperium. W tym samym czasie Czerwone Szóstki zostają wysłane na odległą północ, gdzie napotykają coś wymykającego się ich wyobraźni.
Czuję, że wkręciłam się w „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” już tak na dobre. Cztery poprzednie części były książkami naprawdę bardzo dobrymi – powieściami, które pokochałam za styl autora, prowadzenie wątków, kreację świata i bohaterów. Mam jednak wrażenie, że dopiero teraz – przy „Każdym martwym marzeniu” – zaczęłam naprawdę rozumieć, o co chodzi Robertowi M. Wegnerowi w tym świecie, przez co mój entuzjazm wobec serii tylko się wzmógł. I nie mam pojęcia, czy jestem w stanie napisać o tej powieści coś dłuższego i konstruktywnego. Ale spróbujmy!

„Każde martwe marzenie” to mistrzowsko skonstruowana mozaika
Zacznijmy od konstrukcji powieści. Wegner prowadzi swoje wątki w niezwykle przemyślany sposób. Najpierw w zbiorach opowiadań przedstawił nam bohaterów. Potem w „Niebie ze stali” połączył Północ ze Wschodem. W „Pamięci wszystkich słów” skupił się na wątkach Zachodu i Południa. Teraz zaś splata je wszystkie i powoli układa w jedną całość, która doskonale ze sobą współgra.
Ponadto, jak każda z wcześniejszych części, tak i ta dzieli się na dwie mniejsze połówki. W tym przypadku w pierwszej części, poza głównymi bohaterami, obserwujemy też wydarzenia w stolicy Imperium, dzięki czemu możemy lepiej zrozumieć, kto, gdzie i w którym momencie przebywa. Dzięki tak precyzyjnej strukturze, mimo ogromu postaci i miejsc, powieść jest niezwykle poukładana i bez problemu da się w niej odnaleźć.
Chociaż muszę przyznać, że czasem posiłkowałam się meekhańską Wiki. W tym cyklu nie brakuje detali, dlatego zerknięcie do streszczenia bywa bardzo pomocne i rozjaśnia umysł, w którym łatwo mogą poplątać się nazwy miejsc, magii czy bogów…
Większe stawki i przejmujące bitwy
Kolejną kwestią, którą warto poruszyć, jest sam świat. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” są generalnie rzecz ujmując dość realistycznym fantasy. Choć magia istniała w cyklu od samego początku, to jednak nie mamy tu za bardzo innych ras niż ludzie, a opisy postaci, ich zachowań czy bitew są niezwykle wiarygodne. Mimo to im dalej w las, tym istotniejszą rolę odgrywają kwestie nadprzyrodzone – i właściwie w tym tomie Wegner nie pozostawia już żadnych złudzeń. Polityka polityką, ale tu rozgrywają się rzeczy znacznie większe i ważniejsze.
W związku z tym autor dość mocno skupia się na ekspozycji, przez co chwilami powieść lekko traci na tempie. Jak najbardziej jednak rozumiem dlaczego: to potężne uniwersum, a w takich światach czasem trzeba poświęcić chwilę na dokładne wyjaśnienie panujących w nich zasad.
Ponadto, o ile zazwyczaj nie przepadam za opisami starć, o tyle w tym cyklu mają one szczególne znaczenie. Nie chcę podawać szczegółów, aby nikomu nie psuć zabawy z lektury, ale w tym tomie dzieje się rzecz podobna do tej z „Nieba ze stali”. Wegner ponownie opisuje śmierć i ból w sposób niezwykle przejmujący. Potrafi skupić się na detalu, jest świetny w utrzymywaniu uwagi i sprawia, że bitwa staje się czymś więcej niż tylko polityczną zagrywką i cierpieniem tysięcy. Kto czytał, ten pewnie wie, o co mi chodzi – a kto nie, po prostu powinien jak najszybciej nadrobić zaległości. I już.

Fantastyka najwyższej próby – nic, tylko czytać!
Naprawdę nie wiem, co mogłabym napisać więcej bez zdradzania kluczowych elementów fabuły. Wprawdzie mogłabym analizować system magiczny wprowadzony przez Wegnera (uwierzcie, to jest absolutny sztos!), ale aby to zrobić, musiałabym też ujawnić szczegóły cyklu, a nie o to przecież chodzi.
To tak dobra historia, że chyba każdy miłośnik fantastyki powinien po prostu sprawdzić, co stworzył polski autor. Co prawda jego twórczość zapewne nie zadowoli stu procent czytelników, ale wiem, że w gruncie rzeczy większość odbiorców jest z pióra tego pana zachwycona. Omijanie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to jak odmówienie sobie zapowiadającej się genialnie przygody. Nic, tylko brać i czytać. No i konie kraść, aby dołączyć z nimi do czaardanu! Tylko pamiętajcie, żeby były najlepsze, jakie można kupić, ukraść lub zdobyć w walce – inaczej generał Laskolnyk może Was po prostu nie przyjąć!

Tytuł: Każde martwe marzenie
Tytuł serii: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Numer tomu: 5
Autor: Robert M. Wegner
Liczba stron: 742
Gatunek: militarne high fantasy
Wydanie: Powergraph, 2015
1 thought on “Każde martwe marzenie: Najlepsze, jakie można przeczytać [recenzja] [archiwum]”