„Saga mrocznej Phoenix” to książka, za którą zabrałam się przez wzgląd na słabość do X-menów. Jak odebrałam tę powieść napisaną na bazie komiksów? I czy osoby, które nie lubią obrazkowych historii, odnajdą się w takiej opowiesci?

Poznaj więcej treści z superbohaterami!
Jean Grey odradza się
Aby uratować przyjaciół, Jean Grey poświęca własne życie, po czym odradza się jako potężna Phoenix. Tkwiąca w bohaterce moc zaczyna jednak stopniowo przejmować nad nią kontrolę.
Mam sentyment do muntantów
Choć lubię superbohaterów, nie jestem nadmiernie związana z większością drużyn czy komiksowych postaci. Ot, lubię je i tyle. X-Meni stanowią tu jednak zdecydowany wyjątek. Możliwość posiadania nadnaturalnej mocy połączona z uczęszczaniem do szkoły, na której czele stoi ktoś tak charyzmatyczny jak Charles Xavier, niegdyś wydawała mi się spełnieniem marzeń, a i dziś nie pogardziłabym perspektywą współpracy z kimś o takim charakterze. I choć doskonale wiem, że nowelizacje zazwyczaj nie wypadają najlepiej, „Saga mrocznej Phoenix” od dawna krzyczała do mnie z księgarskich półek, aż w końcu trafiła w moje ręce. Autorem powieści jest Stuart Moore, a w Polsce wydawaniem książek z uniwersum Marvela zajmuje się wydawnictwo Insignis.
„Saga mrocznej Phoenix” to fanfik zamiast pełnoprawnej powieści
Jak już wspomniałam, „Saga mrocznej Phoenix” to nowelizacja. W tym przypadku materiałem źródłowym jest powieść graficzna, której osobiście nie znam. Nieważne jednak, co było pierwsze – w idealnym świecie każda adaptacja powinna stanowić dzieło w pełni kompletne i po prostu dobre. Niestety, w tym przypadku nie udało się „odhaczyć” żadnego z tych punktów.
Stuart Moore wrzuca nas w sam środek akcji. Nie znamy jeszcze bohaterów, ale autor najwyraźniej zakłada, że jest inaczej. Przedstawia ich wprawdzie pokrótce i w dość toporny sposób zarysowuje łączące ich relacje (jeden kocha ją ponad wszystko, drugi jest jej mentorem, jeszcze inny wylądował we friendzonie i tak dalej), jednak brakuje w tym choćby odrobiny klimatu czy dobrego smaku. Choć zdania sklejone są poprawnie, „Saga mrocznej Phoenix” stylem przypomina raczej rozdmuchany fanfik niż powieść z krwi i kości. Już na pierwszych pięćdziesięciu stronach Jean Grey musi decydować, którego z mężczyzn woli, a jej ukochany Scott kilkukrotnie rozwodzi się w myślach nad tym, jak bardzo ją uwielbia.
Dodatkowo pisarz zdaje się zupełnie nie wyczuwać, kiedy należy użyć imienia postaci, a kiedy jej pseudonimu. Rozumiem, że za pierwszym razem można przedstawić kogoś jako „Logana – Wolverine’a”, ale jemu zdarza się to również w dalszej części książki, zupełnie jakby obawiał się, że czytelnik czegoś nie zrozumiał lub po prostu szybko o tym zapomniał.

Ta książka jest bardzo poszatkowana
Fabuła jest dokładnie tym, o czym pisałam wyżej: zaledwie wycinkiem większej historii. Na dodatek wycinkiem mocno skróconym. W wielu momentach wyraźnie brakuje sensownego rozwinięcia, a tempo akcji często zwyczajnie zgrzyta. Odnosi się wrażenie, jakby autor dosłownie ograniczył się do opisania kadrów z powieści graficznej – choć ze względu na nieznajomość oryginału nie potrafię tego ostatecznie zweryfikować. Kiedy do opowieści wplatani są obcy, również i oni nie zostają odpowiednio nakreśleni przez Moore’a; wydają się jedynie sztucznie wklejeni w fabułę. Sam finał okazał się zaś dla mnie absolutnie niesatysfakcjonujący.
Wartość wyłącznie kolekcjonerska?
Właściwie mogłabym wymienić zaledwie dwie zalety tej książki. Przede wszystkim to lekkie czytadło, które mimo wszystko napisano stosunkowo poprawnie, dzięki czemu lektura nie pochłania wiele czasu. Ponadto powieść sprawiła, że wróciłam myślami do Kurta Wagnera – jednego z bohaterów X-Men, którego niegdyś darzyłam wielką sympatią. Z przyjemnością odkryłam, że wciąż bardzo lubię tego faceta, choć może nie do końca w wydaniu zaproponowanym na tych konkretnych stronach.
Dla mnie „Saga mrocznej Phoenix” pozostaje pozycją o wartości czysto kolekcjonerskiej. Lubię uniwersum mutantów i cieszy mnie sam fakt posiadania podobnego tytułu na półce. Nie poleciłabym jej jednak jako cokolwiek innego. Nie jest to ani porywająca przygoda, ani dobry punkt wyjścia do zapoznania się z drużyną X-Men; opowieść nie zachwyca też dialogami czy humorem. To typowa, pisana masowo i na zamówienie produkcja, która do życia czytelnika nie wnosi praktycznie niczego wartościowego.

Tytuł: Saga Mrocznej Phoneix
Tytuł serii: Marvel: X-men
Autor: Stuart Moore
Tłumaczenie: Tomasz Macios
Liczba stron: 408
Gatunek: superbohaterowie
Wydanie: Insignis, 2019