„Zbudzone furie” to lektura, którą odkładałam, aby w końcu przeczytać tę książkę w 2020 roku z naprawdę dużym bólem. Ta cyberpunkowa fantastyka przestała mi się podobać już na etapie drugiego tomu, ale miałam już kontynuację w swojej kolekcji. Sprawdź jak ją odebrałam!

Poznaj recenzje innych książek z trylogii „Takeshi Kovacs”: „Modyfikowany węgiel” | „Upadłe Anioły”
Takeshi Kovacs powraca po dwustu latach
Takeshi Kovacs przez ponad dwieście lat przebywał w przechowalni, pozbawiony cielesnej powłoki. Po tak długim czasie powraca na swój rodzimy Świat Harlana, trafiając prosto w wir intryg polityczno-militarnych.
„Modyfikowany węgiel” zaczął cykl z przytupem. Choć nie był idealną powieścią, to gdy czytałam go dwa lata temu, zrobił na mnie dość pozytywne wrażenie. Zawierał naprawdę ciekawy koncept wyjściowy i zapowiadał początek akcyjno-kryminalnej serii. A że kryminał w wydaniu fantastycznym raczej lubię, to mimo pewnych wad powieść po prostu do mnie trafiła. Tyle że już drugi tom dość mocno mnie zmęczył. Na tyle, że czytanie ostatniego bezustannie odkładałam w czasie, mimo że przecież miałam go na półce. W końcu jednak ta przygoda jest już za mną i mogę odetchnąć z ulgą.
„Zbudzone furie” to powtórka z rozrywki i brak głębi
„Zbudzone furie” są właściwie powtórką z rozrywki z tomu drugiego. Richard Morgan zdaje się kompletnie porzucać jakiekolwiek quasi-filozoficzne rozważania, mimo że stworzony przez niego koncept jak najbardziej pozwalałby na zastanowienie się nad stanem społeczeństwa czy głębsze przeanalizowanie „co by było, gdyby”. Zamiast tego autor serwuje nam bardzo męską powieść akcji, kojarzącą się ze średnio udanym, wysokobudżetowym filmem, który próbuje być brutalny i dorosły… w niezwykle niedojrzały sposób.
Odnoszę wrażenie, że coś w przypadku tej i poprzedniej części po prostu nie gra w narracji. Bezustannie miałam poczucie zagubienia w czasie i przestrzeni, tak jakby autor nie dopowiedział mi, gdzie właściwie się znajduję. Coś się niby cały czas działo – ale gdzie, co, jak i po co? Gubiłam się dość regularnie, powtarzając czasem całe fragmenty… co w lwiej części i tak nic nie dawało. W „Zbudzonych furiach” jest po prostu za dużo pisania o rzeczach nieistotnych dla fabuły i niewiele wnoszących scen akcji, a za mało dobrze podanej ekspozycji i porządnego prowadzenia czytelnika przez historię.

Powierzchowni bohaterowie i zbyteczny erotyzm
Wspomniałam o niedojrzałości tej książki. Powód jest prosty: „Zbudzone furie” cierpią na to samo, co tom poprzedni. Morgan zdaje się niemal w ogóle nie wnikać w emocje bohaterów, w ich rozważania czy charaktery, skupiając się jedynie na powierzchownościach. Jednocześnie najwyraźniej uważa, że nie istnieje coś takiego jak dobra powieść bez dokładnego opisu intymnych scen.
W konsekwencji dostajemy co najmniej kilka bardzo erotycznych fragmentów, które wyglądają jak film dla dorosłych przeniesiony na łamy powieści. Nie gorszą mnie takie opisy same w sobie, ale w przypadku tej książki wydają się stworzone nie po to, by zbudować relacje między postaciami czy pokazać nam, kim jest Takeshi, ale po to, by męski czytelnik poczuł się zaspokojony. Nie, przepraszam, po prostu nie: każdy fragment, który nic nie wnosi do fabuły, powinien zostać z książki wycięty. Te również.
Poza tym im dalej w las, tym mniej lubię postać samego Kovacsa. To człowiek, który ot tak ma czelność krzyczeć na innych i wymuszać na nich swój światopogląd, a tego nie lubię w żadnym wydaniu. Nie ciekawi mnie w żaden sposób, nie interesuje mnie jego historia, mam go szczerze dosyć – i absolutnie nie chcę do niego wracać.
To pożegnanie z trylogią Morgana
Czuję, że właściwie nie mam w przypadku tej powieści wiele więcej do dodania. Rozumiem, że „Zbudzone furie” mają szansę komuś się podobać. Jeśli czytelnik szuka typowo męskiej „nawalanki” w pozornie ciekawym świecie, to owszem, może i będzie to trylogia dla niego. Ja jednak mogę jedynie pluć sobie w brodę, że po „Modyfikowanym węglu” od razu kupiłam dwie kolejne części i musiałam wymęczyć się przez tyle stron. Bo w końcu jeśli coś mam na półce, to należy to przeczytać.
Cóż, przynajmniej okładki cała seria ma całkiem ciekawe.

Tytuł: Zbudzone furie
Tytuł serii: Takeshi Kovacs
Numer tomu: 3
Autor: Richard Morgan
Liczba stron: 614
Gatunek: fantastyka naukowa
Wydanie: Mag, Warszawa 2018
1 thought on “Zbudzone furie: W końcu koniec przygody z Takeshim! [recenzja] [archiwum]”