„Wieża” to kryminalne urban fantasy, które trafiło do mnie chyba przez jakąś wyprzedaż Papierowego Księżyca. Jak podobała mi się ta powieść, kiedy czytałam ją w 2020 roku? Sprawdź, czy to odpowiednia książka dla Ciebie!

Sprawdź recenzje innych książek urban fantasy: „Alicja” | „Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu” | „Tylko żywi mogą umrzeć”
Obiecujący początek, ale sztampowe wykonanie
Myfanwy budzi się w parku. Otacza ją scena wyjęta z horroru: wokół niej roztaczają się martwe ciała. Kobieta nie ma jednak pojęcia, kim jest i w jaki sposób znalazła się w tym miejscu. Na swoje szczęście w kieszeni znajduje list. W nim osoba podająca się za poprzednią mieszkankę tego samego ciała zaczyna zdradzać jej tajemnice z przeszłości.
„Wieża” kusiła mnie, odkąd została wydana. Nie przez recenzje (bo tych nawet nie próbowałam czytać), a przez okładkę, która krzyczała do mnie: „CZEŚĆ, JESTEM DOBRĄ ZABAWĄ!”. Ale jak to bywa, zawsze były do przeczytania inne rzeczy, inne powieści trafiały na moją półkę… aż w końcu upolowałam debiut Daniela O’Malleya za drobną kwotę. Efekt? No, średni. Gdybym czytała tę powieść w chwili premiery, może miałabym bardziej pozytywne odczucia. Teraz – choć nie uważam jej za kompletny gniot – bawiłam się na niej co najwyżej przeciętnie.
Początek nie zapowiadał się źle. Gdy główna bohaterka budzi się, nie pamiętając, kim jest, poczułam się zaintrygowana. Nie trafiam na motywy związane z amnezją zbyt często, a listy, które pisze do niej „Myfanwy z przeszłości”, zapowiadały miejskie fantasy z zagadką kryminalną w roli głównej – a to jest coś, co po prostu lubię. Im jednak dalej w las, tym właściwie było gorzej.
„Wieża” ma raczej przeciętny styl
Nie chodzi o to, że jest to książka ciężka czy tragicznie napisana. Owszem, mam wrażenie, że tłumaczenie nie wypada najlepiej i przez nie wiele dialogów brzmi płasko, a czasem wręcz infantylnie. Ogółem jednak „Wieża” to powieść, która bardzo lekko wchodzi. Ot, typowe czytadło bez wybitnego języka, dość neutralne pod kątem stylu autora.
Sztampowa historia o komiksowej agencji
Chyba jednak mój główny problem z tą powieścią polega na tym, że z czegoś pozornie unikatowego prędko robi się sztampowa historia o agencji chroniącej zwykłych ludzi przed magicznym światem. Przy czym ta agencja to mocno komiksowy, przerysowany twór, który ma swoich Największych na Świecie Wrogów oraz Często Wrednych i Aroganckich Agentów.
Na domiar złego estetyka świata Daniela O’Malleya kompletnie do mnie nie przemawia. Kojarzy mi się z powieściami fantasy dla nastoletnich chłopców pokroju „Tuneli” albo z zwiastunem „Artemisa Fowla”. To ten typ świata, w którym im dziwniejsze i brzydsze są magiczne stworzenia (a przynajmniej te złe), tym lepiej i ciekawiej – przynajmniej według twórcy. A ja tego typu glutowato-obrzydliwej estetyki po prostu nie lubię. I to akurat jest moim osobistym problemem z tym tytułem; rozumiem, jeśli komuś coś takiego bardzo się podoba.
Dodać jednak muszę, że bardzo podobało mi się samo nawiązanie do szachownicy. Członkowie organizacji są nazywani według nomenklatury z tego sportu. Motyw ten nie został wykorzystany wystarczająco mocno ani wystarczająco dobrze, ale sam pomysł naprawdę zasługuje na pochwałę.

Ten autor nie radzi sobie z ekspozycją
I tu wracamy na chwilę do samej narracji. Mianowicie: Daniel O’Malley „nie umie w ekspozycję”. Listy z przeszłości stają się swego rodzaju podręcznikiem. Jeśli jakiś temat pojawia się w fabule, dostajemy zaraz długi list do „drogiej Ty” z wyjaśnieniem, co to takiego jest, do czego służy, jaka jest tego historia i tak dalej. A połowa z tych informacji czytelnikowi wcale nie jest potrzebna. Zresztą Myfanwy regularnie prosi inne postacie, aby opowiedziały, jak wspominają ją z dzieciństwa albo z lat nastoletnich. I owe postacie po prostu jej słuchają, serwując monolog o rzeczach, które bliskie bohaterce osoby powinny uznawać za oczywiste.
Odnoszę też wrażenie, że historia z poprzednią Myfanwy w roli głównej byłaby znacznie ciekawsza, bo ta postać miałaby do przejścia zdecydowanie lepszą drogę. Poprzednie wcielenie naszej bohaterki to dziewczyna zahukana, niepewna siebie, zdolna, ale cicha. Geniusz, który musiałby się przełamać, aby dowiedzieć się, kto i dlaczego chce go zabić.
Główna bohaterka „Wieży” jest jednak aż do bólu typowa. To ta stereotypowo silna kobieta, która po spojrzeniu w lustro uznaje, że ma zbyt mało seksowne ciało. Jest liderką, bywa głośna, kopie tyłki i generalnie od samego początku nie ma do przejścia żadnej wewnętrznej drogi. Musi jedynie odnaleźć się w sytuacji, a gdy już to zrobi, pozostaje jej tylko czekać na awans.
Widać, że to debiut
Jest tu też sporo innych elementów, po których wyraźnie widać, że to debiut. Mamy złoczyńcę, który wygłasza długi monolog o tym, dlaczego chciał skrzywdzić bohaterów. Mamy nagłe pojawienie się rodziny Myfanwy, która jej oczywiście nie pamięta, ale od razu czuje się za nią odpowiedzialna. Mamy budowane na siłę damskie przyjaźnie bez szczególnej chemii, no i nie brakuje sekretarek, które nagle stają się bojowymi narzędziami w rękach głównej bohaterki.
Jakiemu czytelnikowi sprawdzi się „Wieża”?
„Wieża” jest powieścią przeciętnie rozrywkową. Jako taka powinna sprawdzić się u osób, które po prostu szukają lekkiego czytadła – sensacyjno-magicznej powieści osadzonej we w miarę współczesnych realiach. Przeciętny czytelnik powinien być z tej lektury całkiem zadowolony. Gorzej jednak, jeśli na debiut O’Malleya trafi ktoś nawykły do dokładniejszej analizy literackiej. Wtedy… cóż, to spotkanie może wypaść znacznie gorzej, co chyba widać po powyższym tekście.

Tytuł: Wieża
Tytuł serii: Archiwum Checquy
Numer tomu: 1
Autor: Daniel O’Malley
Liczba stron: 550
Gatunek: kryminalne urban fantasy
Wydanie: Papierowy Księżyc, 2017