„Alicja” to retelling klasycznej „Alicji w krainie czarów”, ale w wersji mrocznej i dosć brutalnej. Jak podobała mi się ta książka, kiedy przeczytałam ją w 2020 roku i dla kogo to może być lektura? Dlaczego tak mi się spodobała, mimo powszechnej krytyki co do jej zakończenia?

„Alicja” to oniryczny retelling dark fantasy
Lata spędzone w szpitalu psychiatrycznym zdają się ciągnąć w nieskończoność. Alicja jest w stanie przetrwać ten czas tylko dzięki towarzystwu Topornika: człowieka z celi obok, który w przeszłości podobno dopuścił się licznych mordów, choć sam tego nie pamięta. Gdy szpital zaczyna płonąć, udaje im się uciec. Wtedy też jednak na świat zostaje uwolnione potężne zło.
Nigdy nie przeczytałam w całości „Alicji w Krainie Czarów”. Animacje odrzucają mnie skutecznie od lat i nigdy nie było mi z tym tytułem po drodze. Rzecz jasna znam główne motywy z tej klasycznej książki i miałam już styczność z retellingami, z których najbardziej zapadło mi w pamięć opowiadanie Andrzeja Sapkowskiego – „Złote popołudnie”. Ten wstęp wydaje mi się w tym przypadku absolutnie konieczny, jako że „Alicja” Christiny Henry jest właśnie w pewnym sensie próbą ponownego opowiedzenia powieści Lewisa Carrolla.
Jednak z powodu mojej nieznajomości oryginału mogę jedynie powiedzieć, że autorka regularnie odnosi się do znanych motywów. Bierze z nich to, co jest jej potrzebne do samej fabuły, bawiąc się konwencją i przede wszystkim tworząc własną wersję historii. Nawet gdybym znała pierwowzór, nie miałabym nic przeciwko takiemu podejściu. Ta książka jest dziełem Christiny Henry i autorka ma pełne prawo pisać o czym chce i jak chce.
Brutalność ubrana w piękny styl
Szczególnie że radzi sobie naprawdę bardzo dobrze. „Alicja” to książka napisana ładnym, dopracowanym językiem. Mimo sporej brutalności świata przedstawionego w żadnym razie nie czułam obrzydzenia spowodowanego zbyt dokładnymi czy obleśnymi opisami, bo ich tu po prostu nie ma. Henry stawia na piękne porównania oraz poczucie zawieszenia między baśnią a rzeczywistością, malując słowem fantastyczny świat, któremu dość blisko do realizmu magicznego. Jednocześnie powieść ma w sobie nieco młodzieżowy klimat, co w jej przypadku jest cechą, którą oceniam raczej pozytywnie.
Mam wrażenie, że w tej powieści wiele elementów jest umownych. Na przykład niektóre z dialogów sprawiają wręcz sztuczne, oniryczne wrażenie – są bardziej symbolem drogi postaci niż faktyczną rozmową. Gdyby autorka przyjęła jakąkolwiek inną konwencję, uznałabym to za wadę, jednak do tej historii po prostu niezmiernie to pasuje. Podobnie jak niektóre wybory fabularne. Akcja nie zawsze ma w pełni sens, a samo światotworzenie jest dość umowne, ale przecież mówimy tu o retellingu – to naprawdę nie jest rodzaj historii, w którym te kwestie miałyby aż tak kluczowe znaczenie.
To powieść drogi poruszająca trudne teematy
Jeśli chodzi o samą fabułę, autorka serwuje nam klasyczną powieść drogi. Bohaterowie muszą dostać się do ostatecznego celu, przeżywając spotkania z kolejnymi postaciami i wyplątując się z tarapatów, które przydarzają im się wyjątkowo regularnie. Dość istotną postacią jest w tej historii – poza Alicją i Topornikiem – Kot z Cheshire (choć w przerobionej przez autorkę, mroczniejszej wersji). Przyznam, że to chyba jedna z najciekawszych postaci w całej powieści, co jednak nie powinno dziwić, bo to w końcu najbardziej znany i lubiany bohater z oryginalnej książki.
Choć tematycznie „Alicja” nieco skacze, bo każda nowa przygoda skupia się na innym aspekcie, to istnieje jeden motyw przewijający się przez całą treść. Henry dużo mówi o kobietach i tym, jak źle są traktowane w przedstawionym świecie. Często porusza tematykę nadużyć i przestępstw związanych z molestowaniem czy nawet morderstwem. Jak jednak wspomniałam wcześniej – jej styl jest tak piękny i taktowy, że te opisy w żaden sposób nie wywołują niesmaku samą formą. Obrzydzają same czyny i oprawcy, ale nie opisy torturowanych czy krzywdzonych osób. Trudno osiągnąć taki balans, a autorce udaje się to znakomicie.

Mroczne urban fantasy
Gdybym miała określić gatunek tej książki, nazwałabym ją połączeniem urban i dark fantasy, które chwilami lekko przechodzi w horror. Chcę jednak zaznaczyć, że obecne tu urban fantasy przypomina bardziej klimat „Grimm City” Jakuba Ćwieka niż na przykład światy tworzone przez Anetę Jadowską czy Martynę Raduchowską. Mamy tu odrębną rzeczywistość osadzoną w bliżej nieokreślonym czasie, chociaż miasto jako takie niewątpliwie odgrywa w powieści kluczową rolę.
Piękne wydanie i przyjemna lektura rozrywkowa
Samo polskie wydanie tej książki jest po prostu cudowne. Twarda oprawa z bardzo przyjemną dla oka ilustracją, do tego kilka grafik wewnątrz oraz dobrej jakości papier – wydawnictwo Vesper naprawdę się postarało. Jedynie na samym początku natrafiłam na dość dziwny zlepek słowny w dwóch akapitach (na trzynastu linijkach chyba pięć czy sześć razy pojawiły się sformułowania typu „stare miasto”), ale w kontekście całokształtu nie ma to dla mnie większego znaczenia.
„Alicja” nie wnosi do świata literatury czegoś nadzwyczaj nowatorskiego, a mimo to czuję w niej powiew świeżości. Ma w sobie pewną lekkość i radość, choć opowiada o brutalnych i okrutnych rzeczach. Jest oniryczna, barwna oraz bardzo kreatywna. Dobrze bawiłam się w trakcie lektury i miło wraca mi się do niej myślami – dlatego gdy pojawi się kolejny tom z tego cyklu, naprawdę chętnie do niego zajrzę.

Tytuł: Alicja
Tytuł serii: The Chronicles of Alice
Numer tomu: 1
Autor: Christina Henry
Liczba stron: 311
Gatunek: dark fantasy, retelling
Wydanie: Vesper, 2020
1 thought on “Alicja: Szaleństwo w pogoni za białym królikiem [recenzja] [archiwum]”