„Martwy sezon” to powieść kryminalna Anety Jadowskiej. Wydana w 2019 roku, została przeze mnie przeczytana rok później, w 2020 roku. Jak mi się podobała i czy warto sięgnąć po ten niefantastyczny kryminał autorki słynącej z urban fantasy?

Sprawdź inne książki w cyklu „Garstka z Ustki”: „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne”
Gdy sympatyczny kryminał zamienia się w obyczajową dłużyznę
Jesienny czas nie sprzyja prowadzeniu pensjonatu. Magda Garstka oraz jej babcia Maria ledwo wiążą koniec z końcem. Za rogiem czają się jednak nie tylko żądni pieniędzy bankierzy, ale również trupy, które zaczynają wysypywać się z szafy.
Razem z lekturą „Martwego sezonu” poznałam już osiem książek Anety Jadowskiej. Po upływie czasu w miarę pozytywnie oceniam może trzy z nich. Niestety kontynuacja „Trupa na plaży” nie znajduje się wśród nich. Bo choć tom pierwszy był całkiem uroczą i nawet sympatyczną lekturą, to w drugim autorka daje po prostu popis tego, co wychodzi jej najgorzej.
Odnoszę coraz większe wrażenie, że uwielbienie Jadowskiej do swoich bohaterów oraz kreowanych przez siebie rzeczywistości (ta książka to nie fantastyka) jest jej najgorszym wrogiem. Gdy czytam jej powieści, mam wrażenie, że pisarka naprawdę cieszy się z tego, o czym pisze. Jednak przez to sama siebie zapędza w kozi róg, co sprawia, że „Martwy sezon” wypada tak, jak wypada. Oczywiście to tylko moje prywatne spekulacje, ale nie umiem pozbyć się tego odczucia.
„Martwy sezon” to kryminał bez zagadki
Żeby napisać coś bardziej konkretnego, skupmy się na tym, ile w tym komediowo-obyczajowym kryminale jest właściwie kryminału. Jadowska dzieli „Martwy sezon” na dwie równe części. Wątek detektywistyczny pojawia się dopiero w tej drugiej, a na dodatek początkowo nie polega na znalezieniu trupa, lecz na tworzeniu legendy miejskiej przez grupkę przyjaciół. Chodzi o rozmowy w stylu: „Patrzcie! Wrócił z toalety bez kapelusza! Na pewno zabił nim pana Mietka!”. Coś, co robione prywatnie bywa nawet zabawne, tutaj zupełnie nie działa.
Zresztą, gdy prawdziwe trupy wreszcie się pojawiają, zachowanie bohaterów staje się wręcz odrzucające – nie na miejscu, niewłaściwe i dziecinne. Ponadto zagadki kryminalnej jako takiej tu nie ma, bo rozwiązanie nasuwa się samo i jest oczywiste od samego początku powieści.
Co zaś z częścią obyczajową, która stanowi większą część książki? No, niewiele. Co prawda mamy tu parę dramatów powiązanych z przeszłością bohaterów, ale przez lwią część czasu postacie po prostu rozmawiają o przyziemnych rzeczach. Niby łączy to jakaś linia fabularna (tytułowy martwy sezon w pensjonacie), ale koniec końców niewiele z tego wynika, a wstęp do kryminału jest przesadnie rozbudowany i zwyczajnie nudny.
Dydaktyzm na siłę
Na dodatek pierwsza część to łopatologiczne wciskanie przez autorkę jej prywatnych poglądów czytelnikowi. Jasne, „Trup na plaży” poruszał już ważne tematy, ale robił to z znacznie większym taktem. W „Martwym sezonie” mamy tymczasem sceny napisane wręcz specjalnie pod to, aby autorka mogła się wypowiedzieć.
Pojawia się na przykład scena z wózkiem inwalidzkim, w której bohater wykłada o wykluczeniu w przestrzeni publicznej z powodów architektonicznych. Albo postać – która nigdy więcej nie wraca! – zastanawiająca się, czy może w kawiarni nakarmić dziecko piersią. Dodatkowo poruszono tu tematykę przemocy w rodzinie oraz zaburzeń żywieniowych. To ważne zagadnienia, owszem. Jednak Jadowska wrzuca je do powieści na siłę, a jej pogląd na te sprawy jest tak sztampowy i bezpieczny, że nawet nie zachęca do konfrontacji opinii. To niepotrzebne wstawki, które powinny zostać ucięte na etapie redakcji tekstu (jak trzy czwarte pierwszej połowy).

Dowcip bez puenty
Skoro obyczaj nie działa, a kryminał też nie… to może chociaż komedia? Uwaga, będzie plot twist: NIE. Żart w „Martwym sezonie” można podzielić na dwa typy.
Pierwsza to przerabianie powiedzonek. Na przykład: „mieć Garstkę w garści” albo „nie żebym zaglądała darowanej rezydencji w zęby”. Z tym, że akurat to mnie nie bawi. W ogóle. Nie w wykonaniu Jadowskiej. Takie zabiegi wychodzą Marcie Kisiel, ale nie jej. Po prostu ta autorka jest w tym zbyt toporna, zbyt „śmieszna na siłę”.
Druga to śmieszne historie z życia. Albo właściwie „śmieszne”. Takie na poziomie: „chciałam zafarbować włosy na tęczę, ale wyszedł mi kolor kupy”. To może bawić raz. Dwa, jeśli jest dobrze zrobione. Ale że ten raz był już w „Trupie…” i wtedy także mnie nie bawił to zgadnijcie, czy uśmiałam się przy tym tomie.
Dodać muszę, że o ile lubiłam Magdę Garstkę po pierwszym tomie, o tyle teraz coraz bardziej mnie irytuje (ta dziewczyna nawet psów nie lubi!).
Czy „Martwy sezon” ma jakieś zalety?
Czy powieść ma jakieś zalety? Może jedną: lekko się ją czyta. Wchodzi szybko, bo w stylu Jadowskiej nie ma żadnego ciężaru. Ot, czytadło, które mniej wymagającemu czytelnikowi może się spodobać. Ja jednak potrzebuję od książki czegoś więcej – chociażby małego elementu, nad którym można się pozytywnie pochylić.
Jadowska nie jest początkującą pisarką, a mimo to mam wrażenie, że nie potrafi wyjść poza osobiste fantazje. Tak jak „Dora Wilk” była kreacją dla kogoś, kto chce kopać tyłki i mieć masę kochanków, tak „Garstka z Ustki” wydaje się fantazją o ustatkowaniu się w niewielkim miasteczku u boku rodziny. Nie ma w tym nic złego, ale przelanie tego na papier bez odsiania ziarna od plew daje po prostu słaby efekt. Taki zabieg można wybaczyć debiutantce, ale nie osobie z tak bogatym dorobkiem.

Tytuł: Martwy sezon
Tytuł serii: Garstka z Ustki
Numer tomu: 2
Autor: Aneta Jadowska
Liczba stron: 390
Gatunek: kryminał
Wydanie: SQN, Kraków 2019
1 thought on “Martwy Sezon: …trwa w najlepsze u Jadowskiej [recenzja] [archiwum]”