W 2021 roku we współpracy z wydawnictwem Uroboros przeczytałam moją pierwsza powieść Magdaleny Kubasiewicz. Potem okazało się, że nie był to najlepszy wybór na start przygody z tą autorką. Jaka była moja opinia o ówczesnej nowości, czyli o książce high fantasy „Wszystko pochłonie morze”?

Sprawdź recenzje innych polskich książek high fantasy: „Więcej niż zło” | „Virion. Zamek” | „Dom między chmurami” | „Wygnaniec” | „Śmiech diabła”
Na ratunek ksieciu
Gdy książę zostaje otruty najsilniejszą substancją na świecie, czyli Pocałunkiem Syreny, jest bliski śmierci. Arystokrata Leto postanawia pomóc swojemu władcy. Angażuje alchemiczkę Alethę i razem poszukują leku, dzięki któremu władca będzie mógł wyzdrowieć.
Czy „Wszystko pochłonie morze” to dobra powieść?
Na rynku bezustannie brakuje dobrego high fantasy. Niełatwo jest napisać jednocześnie dojrzałą i oryginalną powieść, wnoszącą coś nowego do gatunku, która przy tym będzie także świetną historią rozrywkową. Zbyt często takie książki zmieniają się w coś typowo młodzieżowego czy mocno infantylnego. Odnoszę wrażenie, że Magdalena Kubasiewicz chciała przełamać trochę stan polskiego fantasy, tworząc „Wszystko pochłonie morze”. Tylko czy to udana próba? Z jednej strony owszem, ale nie będę owijać w bawełnę. To nie jest w żadnym razie moja ulubiona powieść.

Początek jednak…
Jej początek wcale nie był zły. Scena w magicznej Dzielnicy Luster miała naprawdę dobry klimat, przynajmniej na starcie, i nastawiałam się do lektury bardzo pozytywnie. To przede wszystkim jest powieść o całkiem sensownym warsztacie. Kubasiewicz (z którą wcześniej nie miałam styczności) zdaje się wiedzieć, co pisze, i dobrze panować nad słowem. Gdyby w swojej opowieści skupiła się zaś właśnie na tej dzielnicy, na dziwnościach i baśniowości, to z tej książki mogłoby wyjść coś naprawdę dobrego. Tyle że pomysł autorki sięgał zdecydowanie dalej.
Za dużo tych tematów!
Dlatego że ta opowieść chce jednocześnie być książką o brutalnej polityce, baśniowych syrenach, więzi między głównymi bohaterami oraz historią drogi, a to wszystko na nieco ponad 400 stronach. I o ile to mogłoby wyjść w dłuższym cyklu, gdyby było lepiej rozpisane, tu po prostu na całość brakuje miejsca. Autorka od razu wrzuca czytelnika w wir polityki (która go nie interesuje), zmuszając go do chęci uratowania księcia (którego nie zna) i wymuszając chęć śledzenia zżytych ze sobą postaci (których relacje nie wybrzmiewają). Jednocześnie część kwestii wyjaśniana jest niewystarczająco (np. system magiczny), a inna zbyt często (czym jest mityczny Pocałunek Syreny).
Brakuje tej opowieści tego momentu na wgryzienie się w fabułę. Tu nie ma chwili spędzonej z bohaterami. Nie ma prywatnych relacji, które nie skupiałyby się wokół głównego wątku. Przez to bohaterowie gubią głębię, a historia sprawia wrażenie pustej. Takiej, która bardzo próbuje być emocjonująca i głęboka, ale… po prostu jej to nie wychodzi. A wystarczyłoby, gdyby autorka skupiła się na jednym z wcześniej wymienionych aspektów i to jego uczyniła głównym tematem powieści.
Poprawna, lekka, zaplanowana – to nie wystarcza
Z jednej strony to więc książka napisana poprawnie i dość lekko. Wyraźnie została porządnie rozpisana i to tak, by w dobrych momentach zafundować czytelnikowi plot twisty czy przyśpieszyć bicie serca. Ale z drugiej strony najzwyczajniej w świecie brakuje w niej „mięsa”. Mogę jedynie spekulować, że Kubasiewicz nie do końca napisała to, co chciała napisać, a napisała to, co napisać „powinna”, aby książka spełniała wytyczne dojrzałego i porządnego fantasy. To z kolei przypadkiem doprowadziło do stworzenia wydmuszki jedynie udającej takową.
Jak czytało mi się „Wszystko pochłonie morze”?
Z tego powodu czytanie „Wszystko pochłonie morze” w moim przypadku szybko zaczęło zmieniać się w „męczenie” książki. Opowieść do mnie nie trafiała, odbijała się od mojej głowy i choć starałam się ją uważnie śledzić, ona nie chciała mi się dać wciągnąć.
Jednocześnie jak najbardziej rozumiem zachwyty nad tą powieścią. Czytelnik, który nie analizuje za bardzo treści i sięga głównie po wszechobecne powieści młodzieżowe, zapewne znajdzie w niej coś więcej. W końcu u Kubasiewicz są i silne postacie, jest i krew, zabójstwa, pościgi, pożary, jednocześnie utrzymane w dość baśniowym i lekkim tonie. I takiej osobie, która nie ma zbyt dużego doświadczenia z „dojrzałym” fantasy, tę książkę mogę polecić. Ci jednak, którzy dobrze znają klasykę gatunku i nie mają ochoty ryzykować – niech czują się ostrzeżeni.

Tytuł: Wszystko pochłonie morze
Autor: Magdalena Kubasiewicz
Liczba stron: 414
Gatunek: high fantasy, przygodowe fantasy
Wydanie: Uroboros, 2021
1 thought on “Wszystko pochłonie morze: fantasy próbujące być wszystkim [recenzja] [archiwum]”