Kiedy książka o cudach w Hiszpanii okazuje się zamaskowanym fanfiction do Twojej własnej powieści to może sprawy zaszły nieco za daleko. „Familiar” to historyczne fantasy, które próbuje ukryć, że wcale nie chodzi tu o romans. Jak to robi i czy udaje mu się to skutecznie?

Sprawdź recenzje innych historycznych powieści fantasy: „Pieśń o Achillesie” | „Fryne hetera” | „Miasto Mosiądzu”
Luzia, która czyni cuda
Hiszpania, ostatnie lata panowania króla Filipa II. Pomywaczka Luzia od lat szepcze słowa, które pomagają jej w pracach domowych. Gdy jej pracodawczyni, doña Valentina, odkrywa umiejętności młodej kobiety, przedstawia je na salonach. O cudach Luizi szybko dowiadują się wysoko przedstawieni szlachcice, a jej bogata ciotka stara się zabezpieczyć losy swojej krewnej. Możny Víctor de Paredes staje się patronem Luizi.
„Familiar” to nie jest uniwersum griszów
Leigh Bardugo to autorka, której potencjał było widać już w debiucie. „Cień i kość” to bardzo bezpieczne, młodzieżowe fantasy, w którym jednak można znaleźć kilka ciekawych pomysłów, świadomość gatunku, dobre wyczucie w budowaniu relacji oraz odpowiedni rytm.
Kolejne powieści tej autorki osadzone w tym samym uniwersum przekonały mnie co to tego, że przez lata jej umiejętności tylko się poprawiły i uważam, że Bardugo była w stanie stworzyć dość koherentne uniwersum fantasy. Dlatego tym bardziej zainteresował mnie „Familiar”, historia napisana w oderwaniu od jej historii z griszami. Okazało się jednak, że je nie jest to coś aż tak odrębnego, jak myślałam, że będzie.

Jak wygląda świat przedstawiony w powieści Bardugo?
Jeśli chodzi o setting, autorka serwuje czytelnikowi historyczne fantasy z akcją osadzoną w renesansowej Hiszpanii. Nieczęsto czytam tego typu książki, toteż samo to wydało mi się ciekawe. Szybko jednak okazało się, że jestem przyzwyczajona do nieco innych standardów.
Dlatego że choć Bardugo pisze sprawnie to jednak swoją prozę kieruje raczej do masowego amerykańskiego odbiorcy. Styl, którym się posługuje, jest płynny i co do zasady przyjemny w odbiorze, ale nie jest nadmiernei stylizowany. Historia sprawia wrażenie high fantasy osadzonego w świecie inspirowanym Hiszpanią, a nie: powieści, która jest historycznym fantasy. Bardugo nie próbuje przedstawić faktycznych realiów tamtego świata, okruszonych dodatkiem magii, a raczej bierze to, co jej się podoba, tworząc swoistą fantazję tego, jak mogłaby wyglądać XVI-wieczna Hiszpania.
Ponadto, o ile w unwiersów griszów autorka skupiła się dość mocno na systemie magicznym, tak tutaj magia i związane z nią zasady są raczej miękkie i ogólne, a narracja początkowo jakby nie potrafi się zdecydować, co otaczający Luizię o czarach myślą i jaką mają z nimi styczność. Z jednej strony magia jest zakazana przez inkwizycję, z drugiej strony: to nie przeszkadza protagonistce czarować w warunkach domowych w sposób dość swobodny, a z trzeciej: gdy już „cuda” są przedstawiane innym to wzbudzają raczej zachwyt, a nie strach.
Nie ma więc w tym świecie przedstawionym ani ciekawie zbudowanej warstwy typowo historycznej, ani systemu magicznego, czy dobrego, głębszego wyjaśnienia na to, jak ta magia działa i skąd wzięła się w renesansowej Hiszpanii.

Imperatyw narracyjny ponad naturalne zawiązanie akcji
Mój pierwszy zgrzyt z tą historią nastąpił niedaleko samego początku książki. Cała fabuła kręci się bowiem wokół imperatywu narracyjnego, który jest dość widoczny i sprawia wrażenie syntetycznego, a ponadto sprawia, że początkowo trudno jest w ogóle określić charakter protagonistki.
Luizia jest budowana przez Bardugo jako inteligentna, młoda kobieta, która jednak przez wzgląd na swoje pochodzenie musi udawać kogoś, kim nie jest: prostą i przeciętną, niepiśmienną pomywaczkę. Nauczyła się tak dobrze udawać tło, że jest już niemal niezauważalna. Jednocześnie pomaga sobie w pracy drobnymi czarami, np. potrafi coś zszyć, naprawić zbity kieliszek itd. Nie zwraca przy tym na siebie uwagi.
Pewnego dnia jednak jej pani, niemiła, wiecznie narzekająca, głęboko nieszcżęśliwa i wywodząca się z raczej ubogiej szlachty Valentina zauważa, że spalony chleb jakimś cudem już spalony nie jest. Początkowo myśli, że to jakiś psikus, jednak coś (imperatyw narracyjny) sprawia, że obserwuje uważnie Luizię. Dziewczyna zaś jest budowana na inteligentną, toteż zaprzestaje czarów w domu.
A jednak nie. Nie mija kilka dni, a Luizia daje się podpuścić Valentinie, toteż jej magia wychodzi na jaw. Jej pani ma zaś doskonały pomysł. W świecie pełnym inkwizycji zaczyna chwalić się pomywaczką w towarzystwie. Jednak owa inkwizycja, zamiast próbować dogonić czarownicę (a to na tym etapie powieści jest przedstawiane jako dość duża sprawa) nie interesuje się młodą panną, za to ta dostaje propozycje innej, lepszej pracy. Jednak zamiast przyjąć ją, jak na podobno całkiem bystrą osobę przystało, Luizia odmawia.
Wygląda to tak, jakby narracja nie potrafiła się zdecydować, jakie są zasady panujące w tym swiecie i jakby autorka sama nie wiedziała, jaką osoba jest jej bohaterka, a to wszystko, moim zdaniem, przez brak pomysłu na to, jak w ogóle rozpocząć całą fabułę w bardziej naturalny sposób.

Niczym młodzieżowa powieść z turniejem dla magów
W efekcie wydarzeń z samego początku, Luizia poszukuje pomocy u swojej ciotki. Hualit Cana jest jej jedyną żyjącą członkinią rodziny, która udaje wdowę i jednocześnie jest kochanką możnego Víctora de Paredesa. Mężczyzna ten ma pewne powiązania z królem. Ten zaś szuka osób, które zapewnią mu cuda i umocnią jego władze, dlatego organizuje turniej. Victor stracił jednak swojego championa i oczywiście… zastąpić ma go Luizia.
Tu pojawił się mój kolejny zgrzyt z powieścią Leigh Bardugo. „Familiar” wydaje się jednocześnie zbyt przekombinowany fabularne i zbyt prosty, sięgający po najłatwiejsze rozwiązania.
Skoro magia jest zakazana, rozsądniejszym byłoby załatwienie takich spraw po cichu; wytypowanie potencjalnych przyszłych świętych, nim dowie się o tym inkwizycja i opinia publiczna. Jednak na tym etapie powieści nikogo to tak naprawdę nie obchodzi. Victor i otaczające go osoby uważają, że mają na tyle duże wpływy, że załatwią tę kwestię bez problemu. Bardugo sięgnęła zaś po motyw turnieju, z którego słyną obecnie raczej proste powieści młodzieżowe, a nie dobra literatura dla dorosłych.

Hiszszpania i inkwizycja to tylko otoczka [spoilery]
Gdy jednak Luizi został przypisany nauczyciel sprawa stała się dla mnie jasna i z każdą kolejną stroną tylko utwierdzałam się w swoim przekonaniu. Cała ta hiszpańska otoczka, magia, polityka, „gadka” o inkwizycji służyła przede wszystkim temu, by bohaterka mogła spotkać się ze swoim przyszłym kochankiem.
Santángela początkowo poznajemy jako służącego Victora, a jego wprowadzenie jest naprawdę dość sprawne i klimatyczne. Mężczyzna budzi postrach u innych i narracja jest w tym konweksentna. Ma on być tym złym skorpionem, który zrobi dla swojego pana wszystko, a tak się składa, że w tym momencie chce on, by nauczał on magii jego nowej championki.
Oczywiście nie trzeba być tu wielkim geniuszem, aby zauważyć, że to wcale nie on jest tu tym złym, chociaż coś (niekoniecznie zgodnego z jego własną wolą) trzyma go przy swoim panu. Santángel to bohater tragiczny, podobny chociażby do Astariona z „Baldur’s Gate 3”; to mężczyzna, który w przeszłości nie był wcale dobry, więc przytrafiło mu się coś bardzo złego, ale w tym momencie dostał już nauczkę i jeśli będzie mu to dane, wybierze raczej tę dobrą ścieżkę.
I to na tej relacji skupia się Leigh Bardugo. Chociaż nie nazwałabym tej powieści romantasy, a scena zbliżenia bohaterów następuje dość późno miałam poczucie, że to właśnie NA TE momenty czeka i to je chce pisać. Magiczny turniej, system magiczny, świat przedstawiony; to wszystko jest niemrawe i niedopracowane, bo ta powieść skupia się przede wszystkim na tej relacji i losach tych bohaterów. Co gorsza… powieść szybko zaczyna wyglądać jak fanfiction do pewnej popularnej powieści.

„Familiar” niczym „Cień i kość” napisana 12 lat później [spoilery]
„Familiar” wygląda tak, jakby Leigh Bardugo próbowała naprawić swój debiut, ale ponieważ nie mogła go przepisać, to napisała nową powieść, z nowym settingiem, ale podobnymi motywami. Nie interesuje ją już tu tak bardzo świat, a właśnie wspomniani bohaterowie.
Luizia, tak jak i Alina, odkrywa swoją magiczną moc. Jest jednak od niej starsza i od początku budowana jako bardziej charakterna postać (choć dalej trochę nieumiejętnie). Tak jak i Alina, tak i ona ma nauczyciela, który jest nieśmiertelnym, żyjącym od tysięcy lat. Zarówno Zmrocz, jak i Santángel to tragiczni bohaterowie. Różnica jest jednak taka, że Zmrocz był jednak trochę zbyt mroczny, a Alina trochę zbyt młoda, by móc stworzyć między nimi wiatygodną relację romantyczną. Santángel jest sympatyczniejszy, a jego tragizm jest mocniej podkreślony. Luizia zaś ma już dwadzieścia lat, co przy renesansowym settingu oznacza, że jest już osobą w pełni dorosłą.
Tak jak i Alina, Luizia szybko jest wyniesiona do rangi świętej. I tak jak ona kończy swoją opowieść poprzez upozorowanie swojej śmierci. Tyle że zamiast uciec z tym nudniejszym, bezpiecznym przyjacielem z dzieciństwa, ucieka z tym mrocznym, tragicznym bohaterem.

Czy to naprawdę wielka miłość?
Jak więc wypada sam romans, skoro Bardugo kładzie na niego tak mocny nacisk? W moim odczuciu ma on swoje dobre momenty, ale… nie do końca w niego wierzę, a przynajmniej nie w sposób, w jaki autorka chyba chciała go przedstawić.
Santángel jest od Luizi znacznie starszy oraz jest jej nauczycielem, ale w przeciwieństwie do niej nie jest osobą wolną. Dlatego też nie mam w tym przypadku aż tak dużego problemu z tym, że jest on w sytuacji władzy nad protagonistką. Właściwie obydwoje jadą na podobnym wózku, a ponado Luizia przez dość długi czas wcale nie jest aż tak pewna tego, czy może mu zaufać.
Wierzę też w to, że taka para mogłaby się w sobie zauroczyć. Obydwoje są samotnymi ludźmi pod wpływem pewnej presji, którzy spędzają ze sobą czas. Luizia nigdy nie była w bliższej relacji z mężczyzną, Santángelowi zaś brakuje bliskości. Absolutnie wierzę w to, że po czasie mógł rozkwitnąć pomiędzy nimi romans.
Jednak ich relację czytam własnie bardziej jako pewne poszukiwanie bliskości, a nie realne zrozumienie siebie nawzajem i miłość do tej konkretnej osoby. Santángel wcale nie szanuje w pełni Luizi, spędzając z nią noc zaraz po pierwszym pocałunku i wiedząc, że tak naprawdę knuje cały czas przeciwko niej. Jego zachowanie kojarzyło mi się trochę z Jesterem z bardziej młodzieżowego „Bez serca” Marissy Meyer.
Z kolei Luizia nigdy nie poznała bliżej innego mężczyzny. Santángel jest jej blisko jako nauczyciel, ale tak naprawdę ta dwójka nie zna się wzajemnie. Nie wiedzą, jak to jest żyć razem, na co dzień, w zwyczajnych warunkach, bez presji polityki i turnieju. Dlatego też odbieram ich relacje jako taką, która raczej mogłaby działać w formie przelotnego romansu, a nie miłości na całe życie.
Narracja zaś próbuje czytelnikowi wmówić, że TAK, to jest miłość, nie dając postaciom ani chwili na to, by po prostu spędziły ze sobą czas i nawzajem się poznały.
Dlaczego „Familiar” to nie jest romantasy?
Romantasy to powieść fantasy, której głównym wątkiem fabularnym jest romans. A chociaż relacja głównych bohaterów jest w tej powieści ważna i moim zdaniem: dla autorki najważniejsza, to mimo wszystko nie o nią chodzi w głównej linii fabularnej. Może i jest ona zrobiona „na odczep się”, ale w dalszym ciągu znacznie więcej jest tutaj mowy o samym turnieju, inkwizycji i polityce niż o romansie. Postacie mają dla siebie tylko wykradzione chwile, momenty pomiędzy, tak jakby Bardugo umyślnie maskowała ten wątek. Dlatego też mimo wszystko romans nie wysuwa się na zupełnie pierwszy plan i z tego powodu nie nazwałabym „Familiara” romantasy.

Jak wydany jest „Familiar”?
„Familiar” to książka wydana w sposób dość prezentowy. Posiada twardą oprawę z minimalistyczną, acz klimatyczną okładką. Ma czerwoną wstążkę i barwione brzegi, a ich wzór znajduje się również na wyklejce wewnątrz książki. Po otwarciu okazuje się jednak, że papier na którym jest wydrukowana powieść jest raczej cienki. Czytelnicy nie znajdą wewnątrz żadnych ilustracji, jedynie drobne ozdobniki na początku rozdziału. „Familiar” jest też klejony.
Czy warto sięgnąć po tę powieść Bardugo?
Leigh Bardugo jest wprawną pisarką, dlatego „Familiar” to książka, którą czyta się naprawdę płynnie. Miała też swoje „momenty”, kiedy wciągnęła i mnie. Nie czułam się przy niej znudzona, a całość była lekka, ale też raczej przyjemna w odbiorze. Choć brakowało mi lepszego wykreowania świata, w którymś momencie po prostu się w nią „wkręciłam”.
Dlatego wydaje mi się, że wielu czytelników może się przy niej naprawdę dobrze bawić. Jeśli jednak ktoś szuka powieści z pieknym, stylizowanym językiem, dobrze rozpisanym sytemem magicznym, czy polityką to po prostu nie będzie to powieść dla niego.

Tytuł: Familiar
Autor: Leigh Bardugo
Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska
Liczba stron: 440
Gatunek: historyczne fantasy
Wydanie: Czwarta Strona, 2025