Miłośnicy dość klasycznego fantasy drogi mogą odnaleźć się w „Porté” Katarzyny Rupiewicz. Nie jest to jednak powieść, która utrzymuje równe tempo, a niektóre żarty czy wybór scen trochę nie pasują do tego typu opowieści.

Sprawdź recenzje innych przygodowych książek fantasy: „Naila z Latającej Doliny” | „Włócznia rozcina wodę” | „Więcej niż zło”
Władający cieniami i książę w jednym oddziale
Gdy wojsko zbiera ludzi, Porté jako młody mężczyzna zostaje do niego wcielony. Uznawany za wioskowego głupka, skrywa sekret: tak naprawdę jest pojawiającą się raz na trzysta lat Bramą, łącznikiem pomiędzy światem ludzi a cieni. W podróży zyskuje uwagę płukownika, który szybko okazuje się młodym księciem i być może pretendentem do tronu.
Niczym starsze, amerykańskie fantasy
Twórczość Katarzyny Rupiewicz do tej pory znałam z jednej powieści i z kilku opowiadań, a po „Porté” sięgnęłam, raczej mając pozytywne wrażenia na temat tworzonych przez nią historii. Muszę jednak przyznać, że czuje się lekturą trochę rozczarowana. To historia, którą czyta się jak starsze, masowo produkowane amerykańskie, przygodowe fantasy z niewiele wnoszącym, drobnym twistem, który w którymś momencie skutecznie wybił mnie z immersji.

Jak wygląda system magiczny w „Porté”?
Świat przedstawiony wygląda trochę jak renesansowa Europa. System magiczny jest zaś raczej prosty. Tytułowy Porté jako Brama jest jedynym człowiekiem, który może władać cieniami. Te zaś są czymś w rodzaju połączenia ducha i demona. Nie są ludźmi; nie umarli, istnieli przed nimi. Są w jakiś sposób związane z bóstwem istniejącym w tym świecie przedstawionym i nie mogą wpływać na świat ludzi, z jednym wyjątkiem. Gdy raz na trzysta lat na świecie pojawia się Brama, mogą nie tylko się ukazywać, ale również dotykać czy mordować.
System magiczny nie jest w „Porté” ani szczególnie skomplikowany, ani rozbudowany, ani doprecyzowany. Owszem, cienie mają pewne zasady, których muszą się trzymać, ale ich moc nie jest bliżej wyjaśniona. Trudno czasem powiedzieć, z jakim zagrożeniem i w jaki konkretny sposób mogą sobie poradzić. Protagonista po prostu czasem „spuszcza je ze smyczy” i robią swoje. To jednak nie jest dla mnie w tym przypadku jakiś szczególny problem.

Klimat? Jest głównie na początku
Dlatego że zwłaszcza na początku Rupiewicz skutecznie buduje klimat książki. Porté podróżuje przez las, sam jest zdezorientowany, podobnie jak czytelnik. Całość ma ten sznyt przygody, w której coś się zbliża, ale jeszcze nie do końca wiadomo, co takiego. Cienie są adekwatnie mroczne, a powieść napisana jest raczej płynnie i sprawnie.
Problem niestety polega na tym, że im dalej w las, tym gorzej. Fabuła z prostej historii drogi z księciem i jego przybocznym zmienia się w polityczne fantasy, które nie ma zbudowanego odpowiednio ciężaru i głębi intryg, aby faktycznie było „czymś więcej”, a temat mocno zbacza na wiarę… która też jest jakby niedoprecyzowana i niewyjaśniona.
Być może powodem jest fakt, że „Porté” to nie jest długa powieść. Ma około 360 stron i jest jednotomowa. Jednak mam poczucie, że naprawdę czuć w niej w którymś momencie utratę tempa i pewnej głębi, kompletności opowieści.
Porté i Fabrycy mają za mało „czasu ekranowego”
Sam pomysł na Porté jako bohatera jest całkiem ciekawy. Bo tym razem wybrańcem nie jest młody, ale bardzo chłonny wiedzy umysł, który dobrze radzi sobie w każdej sytuacji, a prosty chłopak, niedostosowany do funkcjonowania w społeczeństwie. I to tak naprawdę niedostosowany. Porté potrafi mówić w języku cieni, a w ludzkim duka. Nie do końca rozumie, o co chodzi cieniom, bo mu tego nie wyjaśniają. Nie rozumie, o co chodzi w polityce, bo nawet w swojej rodzinnej wsi ledwo żył wśród ludzi. Jest oderwany od rzeczywistości, dość naiwny, trochę dziki i wszystkiego musi uczyć się od nowa.
Mam jednak wrażenie, że to po prostu zbyt krótka książka, aby taki charakter mógł w pełni wybrzmieć. Zresztą, także książę Fabrycy nie jest bohaterem, którego potencjał został moim zdaniem odpowiednio wykorzystany. Z jednej strony jest prowadzony jako ten chuderlawy i niedostosowany do władania, ale z drugiej: gdy sytuacja tego od niego wymaga, po prostu to robi. Mam poczucie, że obydwu tym bohaterom zabrakło „czasu ekranowego”, aby mogli spokojnie pokazać, kim są i do czego tak naprawdę zmierzają.
Na okładce widnieje też trzecia, damska postać i jeśli dobrze rozumiem to chyba siostra księcia. Jednak przyznaję, trudno mówić w tym przypadku więcej o drugim i trzecim planie powieści, nie zdradzając zbyt wiele z jej treści. Ponadto, biorąc pod uwagę, że głównym bohaterom brakło czasu, co dopiero mówić o tym postaciom, które są jeszcze mocniej skryte w cieniu?

Perwersyjne cienie i ich władca
Tutaj warto przejść do kwestii, która trochę nie pasowała mi do całości, a ostatecznie doprowadziła do tego, że zupełnie wybiłam się z immersji. Kiedy sięgam po przygodową powieść fantasy to jeśli nie ma ku temu fabularnego powodu (choćby i po prostu romansu) to niekoniecznie mam ochotę czytać o nabrzmiałych elementach ciała 17-letnich bohaterów. A tak się składa, że o tym jest w „Porté” zaskakująco dużo.
Dlaczego? Bo główny protagonista regularnie odbywa perwersyjne schadzki z cieniami. Takie ze szponami, w których cienie dogadzają swojemu panu. Ten motyw wraca regularnie, podkreśla zresztą niedostosowanie Porté do społeczeństwa, bo ten wcale się z tym nie kryje. Tylko że… właściwie po co ten motyw tutaj się pojawia? Nie znalazłam w książce sensownego wyjaśnienia, a od ręki jestem w stanie wymienić kilka, które przyjęłabym bez mrugnięcia okiem. Na przykład, protagonista mógłby im tak odpłacać się za służbę; dla spragnionych dotyku cieni to mogłoby być coś ważnego. Albo mogłyby w ten sposób ładować manę. Albo mogłyby go do tego zmuszać, bo po prostu są perwersyjne, a Porté mógłby mieć z tego powodu traumę.
Z tego jednak, co rozumiem, konkluzja jest taka, że cienie mają na to ochotę, protagonista też, więc po prostu dobrze się bawią, a autorka regularnie serwuje nam sceny erotyczne, które po prostu można by z książki wyciąć, dzięki czemu lepiej nadawałaby się jako lektura dla szerszego targetu; bo w tej formie nie jest to raczej powieść dla nastolatków (a mogłaby takową być).
Jednak nie samo to wybijało mnie z immersji.

Jak (nie)skutecznie nazwać demona?
W którymś momencie w powieści pojawia się nowy cień. Gdy Porté pyta się go o imię, ten twierdzi, że to nie ma znaczenia, ale jeśli musi go jakoś nazywać, to niech będzie BDSM. Czemu? A bo czemu nie. Zlepek liter, jak zlepek liter. I to nie jest epizodyczna postać; BDSM wraca praktycznie do końca samej historii.
Sam cień jest zaś istotą bardzo obawiającą się o swoją autonomiczność, która regularnie prosi Porté, aby go nie podrywał i najlepiej to jej nie dotykał. Jest to więc, oczywiście, wyraźnie żart i to taki w stylu absurdalnego humoru Pratchetta.
Problem? „Porté” nie jest powieścią w stylu absurdalnego humoru Pratchetta. To nie komedia bawiąca się językiem i satyra, a napisane w prosty sposób fantasy, które choć jest rozrywkowe, to ma raczej poważniejszy ton narracji. Dlatego dodanie do historii akronimu nieistniejącego w tym świecie i budowanie na tym w kółko powracającego żartu po prostu nie pasuje mi do całości i skutecznie wybijało mnie z lektury.

To był tylko gwóźdź do trumny
Pojawienie się BDSM było chyba tylko gwoździem do trumny dla „Porté”. Jak już pisałam, powieść w drugiej połowie wyraźnie traci rozpęd i jakąkolwiek głębię. Staje się prostym fantasy, które próbuje budować wcale nie takie proste do dobrego rozpisania wątki polityczne i po prostu w tym względzie nie radzi sobie z tym najlepiej. Dlatego chociaż to historia, która koniec końców trzyma się kupy i jest generalnie poprawnie rozpisana to pozostawia po sobie pewne uczucie pustki i niedosytu, wymieszanego z odrobinką niesmaku.
Jak wydane jest „Porté”?
„Porté” to książka wydana w miękkiej oprawie bez skrzydełek i dodatkowych ilustracji. Jest klejona, ma też stosunkowo duży rozmiar fontu i wcale niemałe marginesy, przez co tak naprawdę tekstu na stronę jest tutaj stosunkowo niewiele. Książka nie ma spisu treści, czy mapy.

Dla kogo jest „Porté”?
„Porté” to książka, która być może spodoba się fanom starszego, raczej dość klasycznego fantasy drogi z elementami politycznymi, o ile niestraszne im sceny erotyczne (acz nie romansowe) z udziałem młodziutkiego protagonisty. Wydaje mi się jednak, że to ten typ lektury, po który warto sięgnąć głównie wtedy, gdy na myśl nie przychodzi nic potencjalnie lepszego i ciekawszego. Na początek polecałabym chyba znaleźć ją w jakiejś bibliotece, abonamancie czy też z drugiej ręki/w dużej wyprzedaży, a potem ewentualnie podjęła decyzje, czy warto zainwestować i kupić ją w wersji papierowej. Zwłaszcza że samo wydanie też nie należy do tych, które można z przyjemnością postawić na półce.

Tytuł: Porté
Autor: Katarzyna Rupiewicz
Liczba stron: 367
Gatunek: high fantasy, przygodowe fantasy
Wydanie: Drageus, 2026