„Mapa Czasu” może być pierwszą książką, którą kupiłam, bo usłyszałam o niej u kogoś na blogu. Spotkałam się z nią po raz pierwszy u Lunatyczki i zapisałam w pamięci, a jakiś czas później upolowałam ją za 15 zł. Dziś, dziesięć lat po jej przeczytaniu, wciąż stoi na mojej półce, choć moje papugi postanowiły się z nią trochę rozprawić i jej stan odbiega dalece od dobrego. Co sądziłam o tej książce w 2016 roku?

Kuba Rozpruwacz i podróże w czasie
Młody panicz postanawia popełnić samobójstwo po tym, jak jego ukochana została zabita przez Kubę Rozpruwacza. Ratuje go jego kuzyn, który twierdzi, że za pomocą podróży w czasie może ją uratować…
Znudzona arystokratka o romantycznej duszy, Claire, marzy, aby przenieść się w przyszłość i zostać ukochaną człowieka, który się jeszcze nie narodził.
Jakie udziały w tych wydarzeniach mają autor „Wehikułu Czasu”, H.G. Wells, oraz Murray, twórca podróży do roku 2000?
Historyczna obyczajówka z elementami science fiction dla rozmarzonych pań oraz panów, którzy wolą delikatniejsze historie — tak w jednym zdaniu mogłabym określić, dla kogo „Mapa Czasu” została stworzona. A ja… cóż, zdecydowanie do takiej grupy czytelników się nie zaliczam.
„Mapa Czasu” jest ładnie wydana, ale…
Do ręki dostajemy pozycję, która na półce prezentuje się bardzo ładnie — gruba okładka, złocenia, w miarę klimatyczna grafika — i takie pierwsze wrażenie ta książka na mnie wywarła. Wystarczyło jednak, bym otwarła pierwszą stronę powieści, by mina mi zrzedła. Jeszcze przed rozpoczęciem prawdziwej powieści autor informuje nas, że przenosimy się w ekscytującą przygodę i mamy w nią wejść, bo będzie tak epicko! Nie powiem, patrzyłam na tę zachętę z niedowierzaniem, z jednej strony zastanawiając się, jaki kicz kupiłam, z drugiej strony mając nadzieję, że to tylko taka zmyłka, by powieść kupiło więcej osób.
Nie lubię tego zabiegu narracyjnego
Zaczęłam czytać i szybko okazało się, że moje przypuszczenia co do wstępu były całkiem słuszne. Przede wszystkim autor zdecydował się na pewien zabieg narracyjny, którego naprawdę nie trawię, nie lubię i nie rozumiem — zaczął wtrącać się w pierwszej osobie, tłumacząc się, czemu pisze tak, a nie inaczej, na dodatek zachęcając, by czytać dalej. Gdyby nie fakt, że przy tym styl autora jest bardzo prosty i jasny, odłożyłabym tę książkę w tamtym miejscu na półkę.
Jak było dalej? Ciut lepiej, ale niedużo lepiej. Marzyła mi się wielka, fantastyczna przygoda — a ta zaczęła się bardzo późno i wcale taka wielka nie była. Palma miał kilka ciekawych pomysłów, książka ma sporo zwrotów akcji, które zafascynują przeciętnego czytelnika, które trafią do typowych klientów księgarni… ale cóż, nie do mnie. Zdecydowanie nie.

To słownictwo nie pasuje do estetyki epoki
Wracając jeszcze do stylu, w jakim napisana jest powieść, muszę dodać, że gryzą mi się z całością nie tylko wtrącenia narratora, ale także samo słownictwo, które nijak pasuje mi do epoki, oraz opisy, w których Palma stara się dodać całości klimatu poprzez np. opisywanie scen łóżkowych, spokojnie, nie ma ich dużo, robi to jednak pobieżnie, niedokładnie, tak… bezdusznie i obojętnie. Jego styl kojarzy mi się bardzo z takimi pozycjami jak „Pocałunek Śmierci” Sedgwicka czy „Tajemnice Królów” Gische, których to autorzy skutecznie przeniosą w przeszłość osobę, która nie czyta zbyt wiele, ale dla większości innych to, co stworzyli w swoich historiach, będzie zdecydowanie zbyt płytkie.
„Mapa Czasu” sprawdza się w miarę jako powieść przygodowa. Są zwroty akcji, jest masa bohaterów, teoretycznie non stop coś się w tej pozycji dzieje. Niestety muszę przyznać, że opisy autora, chyba właśnie przez brak odpowiedniego klimatu, często mnie nudziły i po prostu je omijałam, nie tracąc nic, jeśli chodzi o rozumienie całokształtu historii… Poza tym niekoniecznie przemawia do mnie sposób podróży w czasie, jaki autor przedstawia w swojej historii.
Panicz-romantyk i głupia, naiwna dziewczyna
Co z samymi bohaterami, którzy często wszystkich interesują najbardziej? Panicz Harrington to dość typowy, słaby romantyk, który w zasadzie nic nigdy w swoim życiu nie robił. Już lepszy jest jego kuzyn — przynajmniej potrafił sam ułożyć sobie życie. Niemniej na jego postaci autor się nie skupia. Claire? Głupiutka, prosta i naiwna dziewczyna o romantycznej duszy. Może dla niektórych urocza, mnie nieco irytowała. Wells i Murray? Dwójka przeciwników, z których jeden jest szaleńcem, a drugi jest po prostu papierowy. Który jest który? Nie będę tu zdradzać 🙂 To splot przypadków, a nie bohaterowie, sprawia, że ta pozycja jakkolwiek działa.
Książka Palmy doskonale nada się dla każdego, kto lubi pozycje raczej lekkie, niezbyt wymagające i nie ma nic przeciwko naiwnej wizji przeszłości, a przy tym szuka w książkach pozytywnych emocji. Takie osoby może nawet zachwycić, bo jak wspominałam, fabuła jest w miarę pomysłowa i po prostu inna niż inne książki tego typu. Ale jeśli ktoś szuka porządnej literatury historycznej albo niezwykłej przygodówki z podróżami w czasie w roli głównej, zdecydowanie może sobie ją odpuścić. Bo w „Mapie Czasu” nie ma ani wyjątkowego klimatu powieści historycznej, ani porządnego science fiction…

Tytuł: Mapa Czasu
Tytuł serii: Trylogia Wiktoriańska
Numer tomu: 1
Autor: Felix J. Palma
Liczba stron: 480
Gatunek: historyczne science-fiction
1 thought on “Mapa Czasu: Niebanalna historia dla szaraczków [recenzja] [archiwum]”