Namiestniczka to książka, którą kiedyś znalazłam w bibliotece. Nie zapadła jednak mi w pamięć pozytywnie ani na dłużej, nigdy też nie trafiła do mojej kolekcji. Opinia na jej temat była jednak trzecią, jaka pojawiła się na blogu Drewniany Most. Jak ją wtedy odebrałam?
Myślałam, że to polska fantastyka
Przywykłam już, że sięgając po polską fantastykę, ulegam natychmiastowemu zachwytowi, bezsprzecznej miłości do autora i chęci sięgnięcia po kolejne jego dzieło. Co prawda, Szkolnikowa Polką nie jest, ale nazwisko jak najbardziej słowiańskie, dlatego wzięłam ją za członkinię naszej nacji. Z tego powodu po Namiestniczkę sięgałam bez najmniejszych uprzedzeń i z ogromną, powiedziałabym, radością.
To miała być fantastyka z silną i wyksztąłconą bohaterką
Opis z tyłu okładki książki, mówiący nam o wykształconej i twardej Enrissie, która będzie świadkiem wypełnienia się jakiejś starodawnej wróżby, wprawdzie nie przyciągnął za bardzo mojej uwagi, ale cóż… jego twórcy obiecują nam również wciągające epickie fantasy, dlatego postanowiłam im początkowo uwierzyć.
Niestety, bardzo szybko się rozczarowałam… ale po kolei.
Może najpierw krótko, choć częściowo, opiszę, o co w ogóle w tej książce chodzi. Ano mianowicie mamy jakieś wielkie imperium, którym włada tak zwana namiestniczka. O co z nią właściwie chodzi? Według jakiejś legendy niegdyś ową zmyśloną krainą rządził król. Po jego przedwczesnej śmierci władzę przejęła jego młoda żona, zdobywając tym samym wcześniej wymieniony tytuł. Po jej śmierci specjalnie wyznaczona rada zaczęła wyznaczać kolejne namiestniczki: kolejne żony króla, muszące udawać, że są po uszy zakochane w kamiennym posągu. Władczyni ma pod sobą szereg lordów oraz przynależnych sobie krain, którymi nie włada bezpośrednio, a jej władza, ogólnie rzecz biorąc, jest dość mocno ograniczona. Obecną namiestniczką jest Enrissa — młoda, piękna i inteligentna kobieta.
Ta książka jest niesmaczna
Pomysł, nie powiem, jest dość… dziwny i niesmaczny, ale powiedzmy, że jest w porządku — w końcu sami żyjemy w demokratycznym państwie i u nas głowę państwa wybieramy przez głosowanie, w gruncie rzeczy nie jest to nic nadzwyczajnego. Niestety, już po kilku pierwszych stronach zebrałam od książki pierwszy cios — poznajemy najpierw dwie kobiety, które głównymi bohaterkami w żadnym razie nie są i nie dość, że do najciekawszych postaci nie należą, to jeszcze autorka od razu rzuca nas w wir ich rozmyślań, nie dając ich nawet choć trochę poznać, przywiązać się do nich… Po kolejnych kilku stronach poznajemy Enrissę, której zachowanie, myśli oraz zwyczaje również nie różnią się jakoś szczególnie od opisów dwóch poprzednich kobiet… A to miała być inteligentna, bystra władczyni! I znów, po raz kolejny, od razu jesteśmy zmuszeni wysłuchiwać jej myśli… a jako że przynajmniej dla mnie na tym etapie powieści była bohaterką nic nieznaczącą i niezbyt interesującą, szczerze mówiąc, nie bardzo mnie obchodziły.
Poznajemy jeszcze kilku bohaterów w krótkich, również niezbyt ciekawych opisach: są monotonni i choć autorka wyraźnie próbuje ich jakoś scharakteryzować, to nie bardzo jej to wychodzi. Wprawdzie ich cechy podane są niemalże dosłownie, wypisane ciurkiem, ale ich zachowanie niezbyt często je potwierdza.
Nawet nie zdążymy ogarnąć świata, w jaki wir rzuca nas powieść, a już okazuje się, że cała ta Enrissa, która niedawno wstąpiła na tron, ale i tak wszyscy się nią zachwycają i ją uwielbiają, ma do wykonania wyjątkowo ważne zadanie (a jakże!) — musi… odnaleźć książkę, bo bez tego wypełni się niezbyt przyjemna dla imperium przepowiednia, czy coś w ten deseń. Ciekawe? Może dla niektórych, mi ten pomysł wydał się po prostu nieco dziecinny i śmieszny. Ale… niech będzie autorce, to fantastyka, tu wszystko wolno.
Czytałam dalej, dając jej szansę, ale…
Miałam nadzieję, że wyniknie z tej powieści jeszcze coś ciekawego, ale… nie miałam już chyba na co liczyć. Szybko okazało się, że cała powieść bardziej przypomina kronikę niż zmagania się konkretnych, ważnych charakterów: dostajemy jedną scenkę, niezbyt ciekawie opisaną, potem życie toczy się przez kilka miesięcy bądź też lat i znów jesteśmy na kolejne ważne wydarzenie skazani. Chwilami wychodzi to dość komicznie. Przykładowo jeden z głównych wątków miłosnych polega na tym, że w jednej scence poznajemy bohatera i w kolejnej ot tak, z niczego, wyznaje miłość kobiecie… I choć owszem, mamy wiele przykładów takich książek („Romeo i Julia” choćby), to tam przynajmniej tę miłość czujemy! Tu całe to wyznanie wydaje się być tylko głupim żartem, pustymi słowami…
Bohaterów jest dużo, ale jak już wcześniej pisałam, są w większości źle określeni. Ba! Jeśli Szkolnikowa już kogoś nie potrzebuje, po prostu usuwa go w jakiś sposób z fabuły albo o nim więcej nie wspomina. Chwilami musiałam dłużej sobie przypominać, kto kim właściwie jest, bo mimo że starałam się czytać powieść dość dokładnie, bardzo często mi te informacje umykały.
To nie jest epickie fantasy, po które polecam sięgnąć
Podsumowując, Namiestniczka nie jest na pewno godną polecenia powieścią — bardzo, ale to bardzo się na niej zawiodłam. W końcu w fantastyce najważniejsza chyba jest psychika bohaterów, obserwowanie ich zmian, ich wyborów, nieraz bardzo trudnych. W końcu ten gatunek to po prostu baśnie dla nieco starszych: historie, które mogą wydarzyć się naprawdę, zmuszające do jakichś przemyśleń, otoczone tylko kolorową otoczką, by ciekawiej się je czytało. Namiestniczka zaś to tylko kronika, z niezbyt ciekawą i nieprzemyślaną w pełni fabułą (nawet zwroty akcji, które powinny być ciekawe w większości okoliczności, przez styl pisarki po prostu zginęły w całości), nieciekawymi charakterami oraz brakiem jakiejkolwiek dawki „epickości”, którą przecież obiecuje nam napis z tyłu okładki.
Nie mam pojęcia, komu może się ta powieść spodobać… Co prawda widać w niej próby stworzenia czegoś na wzór Pieśni Lodu i Ognia, ale próby to jednak trochę za mało… Miałam nadzieję, że będę miała ochotę sięgnąć po kolejną część, niestety… ja na pierwszym tomie pozwolę sobie pozostać.

Seria: Namiestniczka
Tytuł: Namiestniczka. Księga I
Autor: Wiera Szkolnikowa
Liczba stron: 824
Gatunek: fantasy