„Titans” obejrzałam w 2019 roku, po tym, jak „Doom Patrol” przejął mniej wiecej 1/3 mojej świadomości. Jak podobał mi się ten superbohaterski serial i czy warto w ogóle go obejrzeć? Dowiedz się, jakie są wady i zalety tej produkcji.

Sprawdź więcej superbohaterskich produkcji!
Zbiera się zespół!
Matka Rachel (Teagan Croft) zostaje zamordowana. Nastolatce udaje się uciec i przypadkiem trafia na Dicka Graysona (Brenton Thwaites), dawnego pomocnika Batmana. Mężczyzna, widząc, że dziewczynie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, próbuje jej pomóc. W tym samym czasie przebywająca w Europie i pozbawiona pamięci Kory (Anna Diop) stara się przypomnieć sobie, kim jest, i wyrusza na poszukiwania kogoś, kto pomoże jej odkryć prawdę.
Mroczny i depresyjny klimat bez balansu
Na fali oglądania seriali superbohaterskich sięgnęłam także po „Titans”. Production ta jest prequelem lubianego przeze mnie „Doom Patrolu”, a jakby tego było mało, lata temu oglądałam animowaną historię tej samej drużyny. Choć niewiele już pamiętam z „Teen Titans”, zachowałam raczej pozytywne skojarzenia z tamtą kreskówką. Sięgnięcie po tę produkcję wydawało mi się więc całkiem dobrym pomysłem.
Niestety, to jak na razie chyba najsłabszy z oglądanych przeze mnie seriali superbohaterskich. Już sam klimat „Titans” nieszczególnie zachęca – jest mroczny w ten wybitnie depresyjny i nieprzyjemny sposób. Rachel bezustannie narzeka na swoje życie, a Dick również nie sprawia wrażenia szczęśliwego człowieka. Kory i Gar (Ryan Potter) to wprawdzie postacie nieco bardziej pozytywne, jednak mimo wszystko całość opiera się głównie na relacji Robina z Raven. Poza tym oprawa wizualna, muzyka oraz wszechobecny patos próbują sztucznie potęgować dramatyzm. Przez to negatywnych emocji bijących z ekranu jest tu po prostu zbyt wiele.
„Titans”to niespójne, tanie efekty
Jak na produkcję telewizyjną przystało, serial nie dysponuje gigantycznym budżetem, co wyraźnie widać po jakości efektów specjalnych. Te niestety, w kontraście z „realistycznym” i bardzo poważnym tonem opowieści, wyglądają zwyczajnie źle. O ile w absurdalnym „Doom Patrolu” gorsza oprawa wizualna wpisuje się w konwencję, o tyle w „Titans” po prostu kłuje w oczy.
Jakby tego było mało, właściwie w co drugim odcinku pojawiają się postacie z innych produkcji DC. „Titans” nie skupia się wystarczająco na własnych bohaterach, lecz stara się na siłę zaprezentować widzom jak najwięcej pobocznych herosów, co w takiej dawce przytłacza. To nie jest animacja, w której nieuzasadnione, gościnne występy w jakikolwiek sposób zdają egzamin.

Drużyna z przypadku
Ponadto „Titans” nie jest właściwie historią o zgranej drużynie, lecz o grupie przypadkowych ludzi, których z jakichś powodów połączyła osoba Rachel i którzy starają się ją chronić. To nie są wyszkoleni Avengersi. Właściwie jedynie Dick wie, jak powinno się walczyć, ale w całym sezonie mamy tylko jedną scenę, w której próbuje przekazać tę wiedzę reszcie… i w gruncie rzeczy nic z tego nie wynika.
Nie było aż tak znowu tragicznie
Ponieważ obejrzałam „Titans” w całości, muszę przyznać, że nie był to aż tak tragiczny sezon. Byłam w stanie go dokończyć i śledzić losy bohaterów, jednak im dalej w las, tym robiło się gorzej – nudniej i bardziej depresyjnie. Z czasem coraz mniej obchodziły mnie postacie i ich narzekania, mimo że początkowo uznałam Robina za całkiem intrygującego bohatera. Temu serialowi brakuje balansu pomiędzy komiksową lekkością a odpowiednią dawką dramatyzmu, przez co wypada on dość nieprzyjemnie i wręcz karykaturalnie.

„Titans
sezon 1
serial superbohaterski, fantastyczno-naukowy