„Pułapka czasu” zwróciła moją uwagę na jakiejś wyprzedaży. Kupiłam ją razem z kontynuacją. Nie wiedziałam wówczas, że w moje ręce trafił jeden z amerykańskich klasyków dziecięcego SF. Jak podobała mi się ta powieść, kiedy przeczytałam ją w 2020 roku?

Poznaj recenzje innych fantastycznych książek dla dzieci: „Smoczy jeździec” | „Małe Licho i tajemnica Niebożątka” | „Lodowy smok”
Meg i Charles poszukują zaginionego ojca
Gdy znika ojciec, Meg oraz jej młodszy brat Charles Wallace wyruszają w niezwykłą podróż. Wraz z przyjacielem oraz trójką nietypowych pań ruszają, aby pomóc swojemu rodzicowi. Podróż okazuje się jednak odleglejsza i bardziej niebezpieczna, niż początkowo myśleli. Nie wiedzieli bowiem, że towarzyszące im kobiety to pradawne istoty potrafiące fałdować czas.
Czemu „Pułapka czasu” wylądowała na wyprzedaży?
Obok tak pięknej książki jak „Pułapka czasu” nie da się przejść obojętnie. Zwraca uwagę złotymi zdobieniami i bardzo klimatyczną ilustracją centaura na samym środku okładki. Mimo tego na portalu Lubimy Czytać nie ma wcale wielu opinii, a jej średnia ocen jest zaskakująco niska jak na powieść sprzedawaną jako klasykę literatury dziecięcej (to nie mój wymysł, a informacja z tylnej części okładki). Skąd wzięły się takie oceny?
Wydaje mi się, że przynajmniej częściowo odpowiada za to zły target powieści. Okładka, choć ładna, raczej nie kojarzy się z prozą dla dzieci, a obecny na niej centaur sugeruje raczej fantasy niż fantastykę naukową. Mimo wszystko otaczające go planety to chyba jednak za mało, chociaż po przeczytaniu powieści całość okładki naprawdę nabiera sensu.
Ponadto polski tytuł też jest mylący. Tu nie chodzi o żadną „pułapkę”, a o „fałdowanie” przestrzeni i czasu, co pozwala na skoki (teleportację) pomiędzy punktami w całym wszechświecie. Z tym że „Fałdka czasu” brzmi nieco mniej chwytliwie niż „Pułapka czasu”, a że wydanie ukazało się przy okazji premiery filmu… cóż, rozumiem wybór wydawnictwa Mag co do nazwania powieści w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że tytuł został dobrany niezbyt trafnie.
Niskie oceny przełożyły się też na niską sprzedaż i z pięciu powieści z tej serii w tej chwili w Polsce wydano tylko dwie. Podejrzewam, że kolejnych prędko nie zobaczymy. Ale kto wie?

Klasyczna historia o walce dobra ze złem
Skupmy się jednak na samym wnętrzu książki, w którym znajdziemy… bardzo klasyczną historię dla dzieci o walce dobra ze złem. Tyle tylko, że w wydaniu kosmiczno-fantastycznym. Nawet tropy, które porusza autorka, są niezwykle tradycyjne. Mamy przecież grupę dzieciaków, które ratują dorosłego przy pomocy innych dorosłych, aczkolwiek ze względu na swoje specyficzne umiejętności tylko ci młodsi mogą faktycznie pomóc ojcu Meg i Charlesa. Mamy wielkie zło, które trzeba pokonać, i dziwne przygody po drodze.
Ba, nie brakuje tu elementów edukacyjnych! Autorka przedstawia nam podstawy matematyki, cytuje klasykę literatury, opowiada o duchowości oraz o tym, że człowiek (nawet najzdolniejszy) nie jest wszechwiedzący i nie potrafi zrobić wszystkiego. To niewątpliwie przyjemna lektura z dobrym przesłaniem. Należy jednak wziąć poprawkę na to, że książka ma już swoje lata (premiera miała miejsce w 1962 roku).
Jak powieść znosi próbę czasu?
Nie jest to może nadmiernie widoczne, ale na przykład same opisy kosmosu są na dzień dzisiejszy mocno przestarzałe. Poza tym styl autorki wydał mi się nieco toporny, odrobinkę „stary”. Nie jest zły ani ciężki, bo książkę czyta się bardzo szybko, ale mijające lata odbiły swoje piętno na tej powieści. Poza tym to jedna z tych książek, w których wygrywa siła miłości i wiary – a dziś, choć to przesłania bardzo uniwersalne, wydaje mi się, że i dzieci mogą być już zmęczone tego typu podsumowaniami.
Nie powiedziałabym, że bawiłam się przy tej lekturze najlepiej na świecie. To była przyjemna odskocznia na jeden wieczór, ale dla mnie – dorosłego czytelnika – nie było to nic szczególnego. Nie jestem nawet pewna, czy polubiłabym tę książkę, gdybym była w wieku docelowym, jako że wtedy po prostu nie przepadałam za historiami o podróżach w kosmosie. Nawet „Mały Książę” nie do końca mi odpowiadał właśnie przez to… a właściwie „Pułapkę czasu” do pewnego stopnia chyba mogę do niego porównać. Jest może znacznie mniej filozoficzna, ale podróże po obcych planetach do pewnego stopnia wyglądają podobnie.
Niemniej, biorąc pod uwagę, jak tania obecnie bywa ta powieść i że koniec końców naprawdę nie mam się do czego szczególnie przyczepić, wydaje mi się, że warto tę pozycję sprawdzić. Choćby w celu badania rozwoju fantastyki jako gatunku.

Tytuł: Pułapka czasu
Tytuł serii: Kwintet czasu
Numer tomu: 1
Autor: Madeleine L’Engle
Tłumaczenie: Anna Reszka
Liczba stron: 240
Gatunek: SF dla dzieci
Wydanie: Mag, 2018
1 thought on “Pułapka czasu: niebezpieczna podróż przez otchłań kosmosu [recenzja] [archiwum]”