Nie sądziłam, że to na prawdę wypali… a jednak! Dane było mi odwiedzić tegoroczny Pyrkon. Jak było? Oczywiście, że fajnie 😉 Tylko moje fajnie chyba różni się trochę od fajnie słyszanych od innych… chyba jestem za dużym samotnikiem.
Ale czym w ogóle jest Pyrkon? To największy konwent w Polsce. Ten festiwal fantastyki tylko w tym roku zebrał ok. 38 tysięcy gości. Można na nim spotkać zarówno pisarzy, twórców gier, jak i masę cosplayerów oraz sporo znanych gości ;D Wszystko połączone jest z warsztatami oraz wielkimi targami.

Na miejscu byliśmy już w piątek, od razu lecąc na pierwszą sesje z Alis Cosplay, która robiła strój z gry Hordes. Jest to planszówka, w którą nie grałam, a że Una The Falconer to po prostu figurka, średnio znana, nijak mogłam się do sesji przygotować wiedząc o niej dzień przed. Ale… jakoś to nam wyszło 😉 Następnie polecieliśmy po bilety z pre-akredytacji i niestety, to okazało się zupełną masakrą… Nie dość, że ramiona mojego plecaka się zepsuły, to jeszcze stanie w kolejce zabrało nam trzy godziny z całej imprezy…. Następnie miejsce miała kolejna katorga – mianowicie, dojście przez 4 kilometry do hotelu z tym zepsutym bagażem, co wcale nie było zbyt ciekawe…
Na miejscu byliśmy znów dopiero około osiemnastej, a o szesnastej miała robić kolejne zdjęcia… z zaplanowanej na ten dzień drugiej sesji zrobiłam więc ledwie parę zdjęć i to nie takich, jakbym chciała. Ale cóż, trudno. Kupiłam sobie tego dnia najnowszą książkę Ćwieka, także poprawiłam sobie tym trochę humor 😉
Następnego dnia odkryłam jedną bardzo ciekawą kwestie – wszyscy na konwencie się zapoznawali i bawili razem, a ja nijak nie potrafiłam się w to wczuć. Niemniej, dane było mi być na spotkaniu autorskim z Jakubem Ćwiekiem. Co ciekawe, ja chyba nudziłam się na nim nieco, gdzie osoba mi towarzysząca i w ogóle nie zainteresowana do tej pory jego książkami uznała, że chyba musi obejrzeć parę filmów o których nasz polski autor mówił, przy okazji zapowiadając mi kradzież Grimm City ;D
Później trochę zdjęć, jedzenie, oglądanie targów… w sumie tego dnia przeszliśmy ok. 17 kilometrów, co dla osób nieuprawiających sportu skończyło się totalnym bólem nóg. Nawet dziś ledwo się ruszam… ;P W każdym razie piątek był bardzo spokojny. Na Targach byliśmy dopiero w południe, a przed siódmą miałam pociąg do domu, także skończyło się na łażeniu wokół, bo z torbami niewiele dało się zrobić.
Miałam nadzieję, na autograf Ćwieka, ale ostatecznie i tak bym się pewnie do niego nie dopchała, a przez zdjęcia nie miałam po prostu czasu czekać. Poza książką trafiła mi się też ręcznie robiona zakładka ze średniowieczną klątwą przeciwko kradzieży książki, dwie inne zakładki – jedna z postacią z League of Legends, druga z L’em z Death Note oraz sztylet. Poza tym mam również plakat z Legend Polskich oraz jakąś figurkę z Wedla: przybyli i krzyczeli, że darmowa czekolada jest do rozdania i trafiła mi się poza słodyczami ;D Także choć zakupy zbyt obfite nie były, to jednak coś nowego mi wpadło. Ach, tak mieć z kilka tysięcy i się tam wybrać z takimi funduszami. To byłoby coś. Bo spokojnie połowę z rzeczy od wystawców mogłabym mieć u siebie.
W ogóle, planowałam by wyglądać najlepiej jak się da. Miałam gorset, miałam suknie… ale okazało się, że po prostu fizycznie nie dałabym rady, mając hotel tak daleko… :c A szkoda, bo na prawdę co druga osoba tam w jakiś sposób swoim wyglądem się wyróżniała, czy to przez cosplay, perukę, czy gorset. Cudownie się patrzy na tak kolorową grupę.
Mam nadzieję, że uda mi się wybrać tam za rok – ten pierwszy raz był, bądź co bądź, takim trochę sprawdzeniem, jak całość wygląda i myślę, że następnym razem podeszłabym do wszystkiego spokojniej 😉 Zdjęcia będą pojawiały się regularnie na moim fanpage, do którego przejdziecie klikając obrazek na dole, bo jak na razie muszę je po prostu obrobić.
2 thoughts on “Pyrkon 2016 okiem samotnika [archiwum]”