„Przyczynowy anioł” to ostatni tom cyberpunkowej trylogii, którą kupiłam za niewielkie pieniądze po to, by potem narzekać na każdą kolejną część. Jak podobała mi się ta powieść i czy fińskiemu autorowi udało się odkupić?

Sprawdź recenzje innych książek z cyklu „Jean le Flambeur”: „Kwantowy złodziej” | „Fraktalny książę”
W poszukiwaniu Mieli
Jeana le Flambeur poszukuje Mieli, z którą został rozdzielony. Po śmierci ich myślącego statku próbują dopiąć swoich celów. Każde z nich na swój własny sposób.
„Przyczynowy anioł” nie będzie już męczył mojego sumienia
„Przyczynowy anioł” Hanu Rajaniemi jest już za mną, a ja mogę odetchnąć z ulgą. W końcu ten cykl nie będzie męczył mojego sumienia, wciąż patrząc z wyrzutem z półki. Jednocześnie muszę przyznać, że ostatnia część nie była ani odrobinę lepsza, od poprzednich. Może wręcz przeciwnie. Męczyła mnie po prostu jeszcze bardziej.Szczególnie, że sięgając po ten tom poznałam już Arsene Lupina, bohatera, na którym Jean le Flambeur miał bazować i szczerze mówiąc, nie zachwycił mnie ten charakter. A przyznaję, że postać stworzona przez Rajaniemiego interesuje mnie jeszcze mniej. Tak naprawdę mam poczucie, że nie wyniosłam z tej lektury kompletnie nic, poza irytacją.
Czy to problem i autora, i tłumacza?
Znów odnoszę wrażenie, że tu i sam autor sobie nie poradził, i że tłumacz też tej powieści nie pomógł. To się po prostu czyta z wyraźnym trudem. Jest to trochę paradoksalne, bo gdy wyjmie się cały ten pseudonaukowy bełkot (no bo przepraszam, ale naukowym tego nazwać po prostu nie mogę) to w gruncie rzeczy „Przyczynowy anioł” jest napisany bardzo prosto i w gruncie rzeczy dość lekko, choć niezbyt interesująco. Ale z takim dodatkiem tekst niełatwo się przyswaja, co po prostu irytuje.
Po trzech tomach ja dalej nie rozumiem i nie widzę świata wykreowanego przez autora. W związku z tym fabuła nijak mnie interesuje, mam ochotę nigdy do tego nie wracać myślami i właściwie po prostu nie widzę w tej opowieści żadnej szczególnej zalety. Być może pomysł nie byłby zły, może to mogła być doskonała opowieść rozrywkowa, ale… nie, to po prostu nie wyszło i nie działa tak, jak powinno.

Nie dziwię się, że ten cykl był wyprzedawany
Wszystkie trzy tomy zdobyłam za niewielkie pieniądze, na wyprzedażach i… kompletnie się nie dziwię. „Przyczynowy anioł” nie ma jak się sprzedawać, bo jest po prostu naprawdę kiepską propozycją wśród książek SF. Nie mówię, że nie spodoba się nikomu, ale wiem, że wiele osób ma podobne wrażenia, co ja. Ale naprawdę nie widzę nic dziwnego w tym, że Mag postanowił to zacząć wyprzedawać. Jedyne to, co mnie dziwi to fakt, że „Przyczynowy złodziej”, czyli pierwszy tom, był wydany już wcześniej i już wtedy chyba nie stał się żadnym hitem. Więc wznowienie cyklu nie brzmi jak najlepszy pomysł.
Jedyna zaleta, jaką widzę w tej i pozostałych książkach to nie ich wnętrze, a okładki. Trylogia w twardych oprawach prezentuje się całkiem zacnie, a grafiki – choć nie najpiękniejsze – są po prostu w porządku. Dark Crayon tworzyć potrafi i choć postacie tego typu nie należą do moich ulubionych to prezentują się wcale nie najgorzej.
O takich książkach wolę zapomnieć
Chciałabym móc o tej książce napisać coś więcej i dać jakąś bardziej kompetentną, złożoną opinię, ale prawda jest taka, że mi się nie chce. Że czuje się zmęczona i zamiast rozgrzebywać, chce o tych książkach zapomnieć. Po raz kolejny zaś przysięgam sobie, że już nie będę kupować literatury na wyprzedażach bez dokładnego przemyślenia sprawy.

Tytuł: Przyczynowy Anioł
Tytuł serii: Jean le Flambeur
Numer tomu: 3
Autor: Hannu Rajaniemi
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Liczba stron: 295
Gatunek: hard SF
Wydanie: Mag, 2018