„Zwiadowcy” byli i chyba dalej są dość popularną, młodzieżową serią fantasy. „Ruiny Gorlandu” to tom pierwszy i jedyny z jakim się zapoznałam do tej pory, czyli do 2026 roku. Jak podobała mi się ta powieść, kiedy czytałam ją w 2016 roku? Poniżej znajduje się recenzja, którą opublikowałam na moim ówczesnym blogu.
„Zwiadowcy” śledzili mnie od dawna
Uznałam, że ta książka od tak dawna mnie śledzi, że w końcu muszę po nią sięgnąć. Jest zbyt znana, by przejść obok niej obojętnie, a że była krótka, to postanowiłam w końcu zabrać się za nią online (wiedziałam, że jak będę miała wybór — pożyczyć/kupić ją, a coś, na co mam prywatnie ochotę, stanie na tym drugim). Na całe szczęście to lekka lektura na dosłownie jeden wieczór, więc moje oczy za bardzo nie cierpiały, a w końcu mogę z czystym sumieniem powiedzieć — znam odrobinę twórczości Flanagana.
Will marzy o karierze rycerza
Will od urodzenia jest sierotą bez nazwiska. Baron, który sprawuje pieczę nad jemu podobnymi, ma zdecydować, kim chłopiec — marzący o karierze rycerza — zostanie w przyszłości. Niestety sny piętnastolatka nie spełniają się i mistrz trenujący wielkich wojaków nie przyjmuje go… za to Halt, jeden ze Zwiadowców, proponuje mu rolę swojego ucznia. Will, nieco zawiedziony, przyjmuje tę rolę, poznając niezwykłą postać i prędko zdobywając niecodzienne umiejętności.
Po tę młodzieżówkę fantasy sięgnęłam za późno
„Ruiny Gorlanu” to młodzieżówka, po którą sięgnęłam zdecydowanie zbyt późno.
Gdybym zabrała się za nią, będąc może nieco młodsza od Willa, niewątpliwie bym ją uwielbiała i sławiła na wszystkie strony świata, ale teraz… choć z czystym sumieniem mogę uznać, że jest to bardzo dobra powieść fantasy dla młodzieży, to jednak przy tym muszę przyznać, że starszy czytelnik może uznać ją za zdecydowanie zbyt prostą i naiwną.
To książka fantasy o ciekawej formie
Wydaje mi się, że pierwszy tom „Zwiadowców” zdobył taki sukces wśród książek dla młodzieży z powodu bardzo prostego: wyróżnia się formą. Nie, nie chodzi mi o to, że Flanagan stworzył coś, co łamie schematy, bo tak w żadnym razie nie jest. Mamy Willa, dzieciaka, który ma w sobie coś wyjątkowego i dlatego pnie się coraz to wyżej. Tego typu zabieg możemy obserwować m.in. w „Dziedzictwie” Paoliniego, „Gwiezdnych Wojnach” czy „Trylogii Czarnego Maga” Canavan. „Ruiny Gorlanu” wyróżniają się przede wszystkim podejściem autora do bohatera. Choć owszem, będzie zbyt uzdolniony, będzie zbyt doskonały, to przy tym ma nauczycieli. Nie jest postacią, która ot tak, bez najmniejszego treningu, osiąga sukcesy. Will ćwiczy. Obserwujemy, jak się uczy, jak zdobywa informacje, a przy tym szanuje swojego mistrza i nie próbuje pokazać, że jest od niego lepszy. Przy tym często to właśnie osoby bardziej doświadczone od niego zdobywają honory, wygrywają — on im oczywiście pomaga, ale zostaje przy tym w cieniu. Takie podejście do bohatera w tego typu powieściach spotyka się rzadko i za to zdecydowanie mogę autora pochwalić.
Poza tym obserwujemy w historii relacje Willa i jego przyjaciół, którzy stopniowo dojrzewają i dorastają, a akcja rozpędza się dość powoli, miarowo. To w sumie łączy się z tym, co napisałam wcześniej: chłopiec ma czas, by zdobyć jakieś umiejętności, nim wyruszy na jakąś większą wyprawę, a przy okazji nie jest ona tak olbrzymia, że może go przerosnąć, bo w tym tomie nie mamy żadnych wielotysięcznych bitew czy pojedynków jeden na jeden.
Dodać muszę, że choć zakończenie było dość naiwne, na swój sposób mnie zauroczyło. Oczywiście szczegółów zdradzać nie będę 🙂
Jakie wady mają „Ruiny Gorlanu”?
Dobra, dość tych zalet. Czemu to nie jest książka dla dorosłych albo bardziej wymagających pożeraczy fantastyki?
Po pierwsze, schematyczność. Tak, to kolejna typowa historia o chłopcu, który dorasta i jeśli człowiek przeczytał ich wiele — to może go po prostu nieco znudzić.
Po drugie, naiwność. Jak na tego typu historię przystało, Will uczy się stanowczo zbyt szybko. Wsiada na konia, by po chwili umieć doskonale jeździć, to samo tyczy się broni. Bohaterowi w sumie zawsze wszystko wychodzi i wszystko układa się, koniec końców, dobrze, a jego zwierzak jest po prostu zupełnie bajkowy i nierealistyczny. Całości brakuje tej powagi typowej dla fantastyki pisanej pod starszego czytelnika. Całość jest nieco zbyt płytka i prostolinijna, by kogoś takiego w pełni zadowolić. Mimo tego jako książka dla młodzieży doskonale spełnia swoją rolę i podejrzewam, że jest jedną z lepszych z tej kategorii, jaką można obecnie znaleźć na półkach, czy to w księgarniach, czy bibliotekach.
To lekka i fajna młodzieżówka
Szukacie młodzieżówki fantasy, lekkiej, o fajnym stylu, pomysłowej i stosunkowo nieprzesadzonej? Pierwszy tom „Zwiadowców” jest dla Was. A inni? Cóż, seria jest znana, więc tak czy siak polecam ją przeczytać, nawet tym, którzy za tym gatunkiem nie przepadają (szczególnie że długa nie jest, a fabuła wcale się nie dłuży). W żadnym razie jednak nie mogę Wam zagwarantować rozrywki na najwyższym poziomie — bo choć to miła, nostalgiczna historia, jest zbyt delikatna i niewinna, by wzbudziła większe emocje w kimś, kto nie lubi takiej literatury lub ma po prostu za sobą czasy, gdy ją czytał i uwielbiał.

Tytuł: Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu
Tytuł serii:Zwiadowcy
Numer tomu: 1
Autor: John Flanagan
Liczba stron: 320
Gatunek: młodzieżowe fantasy, high fantasy
1 thought on “Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu: O Willu, który chciał być rycerzem [recenzja] [archiwum]”