Choć minęło 9 lat od publikacji poniższej recenzji, „Z mgły zrodzony” dalej jest popularny. Nie dziwie się: w 2017 roku ta książka zrobiła na mnie naprawdę potężne wrażenie. Jej lektura sprawiła wtedy, że znów poczułam się po prostu fanką fantastyki. A warto nadmienić, że bałam się po nią sięgnąć, bo literatura polecana na blogsferze niekoniecznie mi się podobała; tak miałam np. ze „Szklanym tronem”. Jak opisywałam moje pierwsze spotkanie z Brandonem Sandersonem?

Sprawdź recenzje kolejnych tomów: „Studnia wstąpienia” | „Bohater wieków” | „Stop prawa” | „Cienie tożsamości” | „Żałobne opaski”
Ludzie w tym świecie fantasy stracili nadzieję
Ostatni Imperator od tysiąca lat ciemięży skaa: lud skazany na złe traktowanie tylko z powodu swojego pochodzenia. Teraz jednak przyszła szansa na bunt: pewien nadzwyczaj sprytny złodziej postanowił spróbować go obalić. Niełatwo jest jednak zmusić do walki lud, który stracił już wszelką nadzieję.
Na początku było przerażenie
Gdy otwarłam „Z mgły zrodzonego”, pierwsze strony trochę mnie przeraziły. Tłumaczenie od razu wypadało tragicznie: składało się z powtórzeń, powtórzeń i jeszcze raz powtórzeń. Wyglądało tak, jakby ktoś wrzucił tekst do tłumacza, a potem jakoś składał to w całość. Poza tym niektóre zdania kompletnie nie trzymały się kupy (np. „W pewnym sensie zmęczenie było – wynikało z długiego tańca”; uprzedzając pytania – nie miało żadnego innego kontekstu i choć rozumiem, o co chodzi, to na pewno nie jest poprawna składnia).
Poza tym rebelia grupy uciśnionych… czyż to nie jest modne? „Igrzyska śmierci”, „Czerwona królowa”, „Niezgodna” – te wszystkie, niekoniecznie dobre młodzieżówki poruszają ten właśnie temat.
Jakby tego było mało, na kartach powieści prędko pojawiła się młoda postać, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam w rękach kolejną zwykłą młodzieżówkę, trzymającą się schematów i tylko udającą nieco poważniejszą lekturę.
Och, nie wiecie nawet, jak bardzo się pomyliłam, oceniając książkę w ten sposób na pierwszych stronach powieści!
Owszem, tłumaczenie wymaga dopracowania – co do tego nie mam wątpliwości. Wprawdzie im dalej w las, tym mniej je człowiek zauważa, ale zdecydowanie nie jest najwyższych lotów, a uwierzcie mi, że ta książka zasługuje na najlepszego tłumacza, jakiego tylko wydawnictwo jest w stanie dorwać.
Nie zaprzeczę też, że powieść ma parę drobnych problemów, jeśli chodzi o strukturę kraju, o którym opowiada. Zapewne gdybym się uparła, mogłabym wytykać jej naprawdę wiele.

Tylko tym razem nie mam ochoty nadmiernie krytykować…
Z tym że tym razem jakoś nie mam na to ochoty. Powód? Bardzo prosty. Mój Boże – w końcu trafiłam na taką fantastykę, przez jaką zaczęłam czytać ten gatunek. Czytając „Z mgły zrodzonego”, miałam wrażenie, że znów mam dziesięć lat i znów wierzę w każde słowo autora, choćby było nie wiadomo jak głupie. W jaki sposób tego dokonał? Cóż, ta historia zdaje się po prostu doskonale balansować między lekkością i dobrą zabawą a powagą sytuacji. Jest pomysłowa i pełna akcji, ale jednocześnie wykreowany świat jest bardzo konkretny oraz wystarczająco realistyczny, by w niego uwierzyć i chcieć w niego wsiąknąć.
Jakby tego było mało, o ile zwykle bohaterów traktuję po macoszemu, tym razem udało mi się naprawdę z nimi zżyć. Kelsier, główny męski bohater, to postać, która z jednej strony spokojnie może być łamaczem kobiecych serc, jak i kimś, kto zadowoli męską część czytelników. Jest niezwykle ciepłym, ale stanowczym człowiekiem, który wie, czego chce. Tego typu postacie po prostu niezwykle rozgrzewają serce.
Obawiałam się, jak wypadnie Vin
Obawiałam się drugiej głównej postaci – młodziutkiej Vin – ale choć miała swój typowo młodzieżowy wątek, wybaczam to, biorąc pod uwagę, że nie wokół niej obracała się główna oś fabularna. Za to ta dziewczynka wykonała kawał dobrej i istotnej roboty dla samego czytelnika: pozwoliła autorowi wyjaśnić, jak działa wykreowany przez niego świat.
Pozostałe postacie również są bardzo dobrze wykreowane. Nawet Ostatniego Imperatora nie można nazwać jednopłaszczyznową postacią, co w przypadku przeciwnika głównych bohaterów zdarza się bardzo rzadko, zwłaszcza gdy podział na tych dobrych i złych jest dość jasny. Nie będę się jednak na ich temat rozpisywać, żeby nikogo przypadkiem nie zanudzić.
I ten system, o dziwo, działa całkiem sprawnie, zwłaszcza jeśli mu się przyjrzymy. [DROBNY SPOILER] W powieściach pokroju „Igrzysk śmierci” zawsze irytowało mnie przede wszystkim posłuszeństwo uciskanych wobec władzy. Tu mamy je bardzo zgrabnie wyjaśnione. [KONIEC].
„Z mgły zrodzony” zachowuje drobny balans
Przy okazji Sanderson zachowuje dobry balans między fantastyką a realizmem: nie znajdziecie tu tony różnych gatunków. W jego świecie nie ma smoków czy elfów – są ludzie. Tyle że niektóre nacje mają pewne… specyficzne zdolności. I to tylko tyle, jeśli chodzi o jego magię. A może aż tyle…?
Fabuła sama w sobie też nie ma problemów; przeciwnie – jest doskonale zaplanowana. Wszystko, o czym czytamy lub słyszymy, ma jakiś sens. Jest istotne, nawet jeśli takie się nie wydaje. Tu nie ma zbędnej paplaniny. Każdy szczegół jest przez Sandersona doskonale wykorzystywany na dalszych kartach książki.
Muszę dodać jeszcze, że bardzo chętnie zobaczyłabym ekranizację tej powieści: nie przez samą historię (w końcu ją już znam), ale dlatego, że ma ona możliwości tak niezwykłego przedstawienia walk, że dla nich samych, dobrze nakręconych, chętnie odwiedziłabym kino.
„Z mgły zrodzony” będzie przednią rozrywką dla każdego fana fantastyki: nie ważne, czy lubisz młodzieżówki (bo wątek dla siebie tu znajdziesz), czy poważne fantasy. Powieść Sandersona doskonale spełnia swoje zadanie: jak na dobrą książkę z tego gatunku przystało, powinna bawić i młodszych, i starszych czytelników. Jeśli jeszcze nie macie jej za sobą, sięgnijcie koniecznie.
24 czerwca 2026 roku: Kilka tygodni temu miałam przyjemność zamienić kilka słów z tłumaczką tej książki. Nie pamiętałam wówczas, co powypisywałam w powyższej recenzji. I szczerze mówiąc, wiedząc teraz, kto za tym stoi, jestem niemal pewna, że moje narzekaństwo to po prostu młodzieńcze narzekaństwo, błąd człowieka, który myślał, że wszystkie rozumy pozjadał, mimo że niewiele jeszcze wiedział. Cóż.
Czasami się zastanawiam, czy nie tracę zmysłów.
Może jest to spowodowane przytłaczającą wiedzą, że muszę udźwignąć ciężar całego świata. Może przyczyną jest śmierć, którą oglądałem, przyjaciele, których straciłem – przyjaciele, których byłem zmuszony zabić. Tak czy owak, czasem widzę ścigające mnie cienie. Mroczne istoty, których nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Może to jakiś twór mojego przeciążonego umysłu?Fragment „Z mgły zrodzonego” Brandona Sandersona
Odkryj inne amerykańskie książki fantasy: „Strażnicy błyskawicy” | „Furie” | „Zwiadowcy”

Tytuł: Z mgły zrodzony
Tytuł serii: Ostatnie Imperium
Numer tomu: 1
Autorz: Brandon Sanderson
Liczba stron: 672
Gatunek: high fantasy
5 thoughts on “Z mgły zrodzony: Lud uciśniony…. po raz kolejny? [recenzja] [archiwum]”