„Z mgły zrodzony” zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Dlatego musiałam sięgnąć po kontunuację. Do dziś jednak pamiętam, że „Studnia wstąpienia” trochę mnie zawiodła. Czytałam tę książkę Brandona Sandersona w 2017 roku i to wtedy powstał poniższy tekst. Sprawdź, co miałam do powiedzenia!

Sprawdź recenzję pozostałych książek w cyklu: „Z mgły zrodzony” | „Bohater wieków” | „Stop prawa” | „Cienie tożsamości” | „Żałobne opaski”
Elend przejmuje władzę z Vin u boku
Ostatni Imperator nie żyje. Elend przejął władzę w mieście, ze swoją zrodzoną z mgły u boku. Na młodego króla czyha jednak niemałe niebezpieczeństwo: do jego miasta zbliżają się złowrogie armie. Utrzymanie go z małymi siłami i zapasami może być nie lada wyzwaniem. Nawet allomantyczne zdolności Vin oraz jego przyjaciół mogą okazać się niewystarczające.
Nie jest to jednak ich jedyne zmartwienie. Do grupy powoli dociera, że zabijając Ostatniego Imperatora, mogli obudzić coś o wiele straszniejszego.
Pokochałam świat „Z mgły zrodzonego”
„Z mgły zrodzony” był cudowny. Naprawdę, pokochałam świat Sandersona, jego pomysły i bohaterów. Niestety jego zakończenie dało mi do myślenia: autor wyraźnie miał plan postawić na młodszych bohaterów w następnych częściach, co wcale mi się nie uśmiechało. I jak się później okazało – zupełnie słusznie.
Kelsier, przywódca rebelii z tomu pierwszego, może i niby miał prawie czterdzieści lat, ale swoim zachowaniem i wigorem przypominał w miarę doświadczonego dwudziestoparolatka. Gdy go zabrakło, pałeczkę przejęli ludzie w tym właśnie wieku… zachowujący się jak nastolatkowie. Cóż, Sanderson chyba ma dar do tworzenia ludzi młodych duchem. W ten sposób z dość poważnej fantastyki stworzył historię, która ma w sobie naprawdę wiele elementów powieści młodzieżowej, a ja za takimi raczej nie przepadam, zwłaszcza jeśli chcą udawać poważną historię.

„Studnia wstąpienia” ma problem z głównym wątkiem
Ale spokojnie, nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Najzwyczajniej w świecie „Studnia wstąpienia” ma więcej problemów niż „Z mgły zrodzony”, ale to wciąż dobra historia. By móc zakończyć bardziej pozytywnie, najpierw wyjaśnię, co nie grało mi w związku z głównym wątkiem książki.
Tom pierwszy był zdecydowanie bardziej kameralny. Mamy proste zadanie – obalamy imperatora. Nie jesteśmy strategami, nie jesteśmy wodzami, a złodziejami. I mamy kaprys, by obalić tego, który rządzi. Nie musimy być nawet inteligentni, by to planować. W takie historie łatwiej jest mi uwierzyć i wybaczyć im więcej błędów. W kontynuacji niestety sytuacja jest już o wiele poważniejsza: jednym z głównych bohaterów jest król. Wypadałoby więc, aby powaga została zachowana.
Elend to uczeń skryby, nie król…
Niestety, o ile Elend sprawdziłby się jako uczeń skryby, o tyle królem – przynajmniej początkowo – jest okropnym. To po prostu głupi dzieciak–filozof, który nie wiem, jakim cudem utrzymał władzę przez rok. Niby ma nauczyciela, ale szczerze mówiąc jego rady są często nie mniej banalne i dziecinne. Mam wrażenie, że Sanderson nie jest najlepszy w polityce, a to właśnie taki wątek odgrywa tu ważną rolę i autor nie potrafił zachować w nim odpowiedniej powagi. Wprawdzie zdaje sobie sprawę z tego, że Elend to żaden król, ale nie potrafi go za nic w naturalny sposób doprowadzić do bycia władcą.
Kolejnym problemem historii, z powodu jej młodzieżowego wydźwięku, jest wątek romantyczny. W pierwszym tomie nie grał on tak istotnej roli, więc nie miałam się czego czepiać; w tym jednak już muszę. Związek Vin z Elendem jest tak niewinny, że aż trudno w niego uwierzyć. Błagam, oni nawet śpią osobno! A gdy zrodzona chce go pilnować i odpocząć, zasypia na dywanie pod jego nogami niczym pies. Naprawdę…? Cóż, zresztą ona sama jako postać też ma sporo problemów. Jej zachowania często są głupiutkie, niedojrzałe. I nie miałabym nic przeciwko, gdyby – tak jak Elend – nie była aż tak istotną postacią…
Powyższe problemy ciągną się przez około 3/4 historii – dopiero pod koniec to wszystko jakoś traci na znaczeniu. Bohaterowie w nieco sztuczny sposób, ale jednak dorastają, dając nadzieję, że kolejny tom może być pod tym względem lepszy.
Zalety poprzedniego tomu zostały
Poza tymi aspektami właściwie większość zalet części poprzedniej jest i tutaj. Uwielbiam pomysł Sandersona związany z kandrami, czyli stworzeniami dostosowującymi swój kształt do kształtu swojego posiłku, oraz z kolossami. Postacie poboczne, takie jak Dockson czy Sazed, są naprawdę doskonale wykreowane. Książkę czyta się bardzo szybko, a zwroty akcji i dobrze prowadzona narracja sprawiają, że trudno się przy niej nudzić.
To, co dzieje się w tle historii i nie dotyczy polityki samej w sobie, jest zdecydowanie ciekawsze od wątku głównego. Tajemnice związane z mgłą budzą ciekawość, zmuszają, by się bać, martwić, interesować… w przeciwieństwie do tego, co zwykle dzieje się w Luthadel.
Nie powiem, bym nie bawiła się dobrze, czytając „Studnię wstąpienia”. Szkoda tylko, że autor w ten sposób rozwiązał całą sytuację: naprawdę mógł bardziej skupić się na dorosłych bohaterach, a nie dzieciakach, które cały czas muszą dorosnąć i nie potrzebują aż tyle czasu na kartach powieści. Książka pewnie zyskałaby, gdybyśmy więcej czasu spędzili w głowach innych bohaterów, a naszego króla i allomantkę obserwowali z daleka. Niemniej kontynuacja jest warta uwagi, głównie przez świat przedstawiony wymyślony przez Sandersona.
– Wiesz, dlaczego myślałem, że mnie uratujesz? – próbował wyszeptać, choć wiedział, że jego wargi nie wypowiadają słów. – Przez głos. Byłaś jedyną osobą, której głos nie kazał mi zabić. Jedyną osobą.
– Oczywiście, że nie kazałem ci jej zabić – powiedział Bóg.
[…]
– Wiesz, co jest naprawdę śmieszne, Zane? – spytał Bóg. – Najbardziej zabawne w tym wszystkim? Nie jesteś szalony. Nigdy nie byłeś.
Fragment „Studni wstąpienia” Brandona Sandersona
Odkryj więcej książek high fantasy!

Tytuł: Studnia Wstąpienia
Tytuł serii: Ostatnie Imperium
Numer tomu: 2Autor: Brandon Sanderson Liczba stron: 799
4 thoughts on “Studnia wstąpienia: Król-skryba i dorastająca nastolatka [recenzja] [archiwum]”