„Czerwona Królowa” trafiła na moją listę czytelniczą tylko dlatego, że wygrałam w rozdaniu drugi tom. Gdy czytałam ją w 2016 roku, zachwycona nie byłam i nie ma się co oszukiwać, gdybym przeczytała powieść teraz, w 2026 roku, gdy przenoszę ten wpis z poprzedniej domeny, pewnie dalej nie byłabym zachwycona. Ciekawe jest jednak to, że mimo upływu czasu, ta młodzieżowa powieść wciąż jest całkiem popularna. Co sądziłam o niej w 2016 roku?
Świat podzielony na frakcje
Świat podzielony został na dwie frakcje: Srebrnych, obdarzonych niezwykłymi talentami, oraz Czerwonych, mięso armatnie i pracowników wykonujących najgorsze i najbardziej niebezpieczne prace. Wśród tej drugiej grupy żyje Mara, dziewczyna, która lada moment ma trafić do wojska. Jest pogodzona ze swoim losem, jednak gdy dowiaduje się, że jej przyjaciel, Kilorn, również ma walczyć, postanawiają razem uciec. Niestety skądś muszą wziąć pieniądze dla przemytników… Mara, próbując to zrobić, prędko wpada w niezłe kłopoty. Czy uda jej się z nich wybrnąć? I jaką rolę odegra w tym wszystkim bogaty nieznajomy, którego spotyka po zmroku w swojej wiosce…?
To była książka roku 2015
Po książce roku 2015 spodziewałam się naprawdę czegoś. Miałam spore wymagania i chciałam dostać dobrą, ba, bardzo dobrą historię. Niestety zapomniałam, że na portalu Lubimyczytać.pl głosowali czytelnicy… a jakiej rzeszy wśród działaczy jest najwięcej…?
Oczywiście, że nastolatek.
I w ten oto sposób laury zdobyła nie genialna książka fantasy, a najpopularniejsza w poprzednim roku, co właściwie nie pozwala jej być najlepszą, bo te najlepsze zwykle nie są doceniane.
Powieść dla fanek „Igrzysk Śmierci”
„Czerwona Królowa” to po prostu czytadło dla nastolatek lubujących się w klimatach zbliżonych do „Igrzysk Śmierci”. O stylu prostym i łatwym, o błędach logicznych, papierowych bohaterach, zwrotach akcji niezwykle łatwych do przewidzenia… schematyczna, banalna i zwyczajna. Nie, nie tragiczna, ale w każdym calu przeciętna. I tyle wystarczy wiedzieć tym z Was, którzy nie chcą ani grama spoileru. Szukacie takiej książki? To sięgajcie. Nie? To albo czytajcie dalej, albo zostawcie tę recenzję w spokoju. A tych, którzy ją już przeczytali, spokojnie zapraszam dalej.
„Czerwona Królowa” ma problemy od samego początku
Przede wszystkim już na samym starcie historia pokazała mi, czym będzie. Jedna z pierwszych scenek „Czerwonej Królowej” przedstawia Marę, naszą bohaterkę-złodziejkę, która okrada, bo tak, bo musi utrzymać rodzinę. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że styl autorki jest nieskazitelny niczym diament, czyściutki niczym okładka jej powieści, przez co klimat tekstu nijak nie pasuje do tej sytuacji. No ale… idźmy dalej! Następnie mamy pokazane starcie dwóch Srebrnych — wysoko urodzonych ludzi, którzy walczą na arenie, na którą przychodzić muszą Czerwoni (Srebrni mogą, nie muszą rzecz jasna).
Czemu jedni się tłuką, a inni są zmuszeni ich oglądać? Ano bo Srebrni to bogowie, a ich starcie pokazuje, że ci z niższej półki mają się ich bać, bo są niepokonani. Co tam, że tym samym pokazują, że też można ich zranić, prawda…? No ale… dobrze, przełknijmy już tę scenkę. Podsumowując ją, powiem tylko, że moje skojarzenia z „Igrzyskami Śmierci” były właściwie natychmiastowe. Klimat wykreowany przez Aveyard jest do nich naprawdę bardzo zbliżony, choć, bądź co bądź, nie identyczny. Mam wrażenie, że autorka ma bardziej klarowne i konkretne pióro od pani Collins.
Prędko okazuje się, że Mara i jej przyjaciel mają trafić do wojska, dlatego nasza genialna główna bohaterka szykuje się do ucieczki. Ma dwa dni na zdobycie niebotycznej sumy, której zdobycie kończy się, rzecz jasna, katastrofą. Po niej wraca do domu i ucieka odpocząć, uspokoić myśli. Trafia na jakiegoś bogatego Czerwonego i wyznaje mu wszystko, aby kolejnego dnia trafić do pracy na posługę do króla. Akurat tak się składa, że jego syn w tym samym dniu ma się zaręczać… Czy muszę mówić, kim jest królewicz i jaką mniej więcej pozycję prędko zajmuje Mara…?
W każdym razie od tej pory zaczyna się właśnie akcja! Bo królewicz ma braciszka. A Mara ma przyjaciela… i tak oto zaczyna nam się kwadracik miłosny, który ciągnie się przez całą powieść. Na całe szczęście nie jest na pierwszym planie, a chowa się jednak nieco z tyłu, ale jak najbardziej — jest.
To zalew głupich wydarzeń
Przez cały czas obserwujemy falę głupich wydarzeń. Tłumaczenia postaci, ich motywy, zwykle same w sobie są cholernie głupie, jednak ich świat jest tak nielogicznie zbudowany, że osoba, która wyłączy myślenie, będzie w stanie w nie uwierzyć. Niestety nie ja. Przykładem może być opis… stosunków międzynarodowych, który opisuje nam szanowny pan królewicz.
Mianowicie w Królestwie toczy się długa wojna o jakieś tam wpływy, nieistotne dla nas jakie. Inne kraje mają podobny układ, jeśli chodzi o traktowanie Srebrnych i Czerwonych. Tylko dzięki temu, że są tu solidarne, wspierają się w walce — gdyby coś się zmieniło, sojusze by się rozpadły, bo, krótko mówiąc, państwa miałyby focha na ten kraj, który się wyłamał. Dlatego nie można zmienić nieciekawego traktowania Czerwonych, bo jeśli to się stanie, wojna będzie przegrana, a państwo zniszczone.
Gdzie tu brak logiki? Ano w tym, że w polityce, takiej prawdziwej, nie liczy się to, jak traktujesz swoich ludzi — a to, jakie korzyści może przynieść Ci relacja z innym krajem. Chcemy pokonać wroga? Nie mamy sił pojedynczo? To tak czy tak musimy razem walczyć, niezależnie od systemu wewnątrz innego kraju…
Jednakże uznajmy, że w tym świecie to działa, jest prawdą. OK, to fantasy, mogę przymknąć oko. Ale chwilę później, po tym wyjaśnieniu, sytuację oczywiście psuje… MARA! No a kto, jak nie nasza średnio inteligentna (z zaznaczeniem, że raczej jej do inteligencji niskiej niż wysokiej) bohaterka, która chwilę później, bez zastanowienia i wiedzy na temat polityki, postanawia się zbuntować i zmienić cały system. Co tam, że nie ma bladego pojęcia, jak on działa, prawda…?
By nie było, ona, jej przyjaciele, inni bohaterowie… nie robią tego raz czy dwa. Tak głupie decyzje i zachowania podejmowane są przez całe 488 stron powieści…
Jedyną postacią, którą chyba jakkolwiek polubiłam, był Cal. Tak, jest głupi. Ale przy tym w miarę konkretny, mimo wszystko. A Mara, raz zaprzeczając, że go lubi, uznając, że jest okrutnikiem, a innym razem go całując, tylko wzbudzała we mnie śmiech i nić sympatii do niego. Tak naprawdę tylko on kierował się w tym wszystkim jakimś sensownym rozsądkiem.
Cała rewolucja, o której mowa już na okładce, a w której ważnym pionkiem staje się Mara, jest jedną wielką kpiną. Mnie osobiście kojarzy się z powstaniem styczniowym, od początku skazanym na porażkę. A to, że musi być happy end? Chyba normalne w historiach pokroju young adult, czyż nie? Co człowiek poradzi, że nawet te głupie postacie mają więcej rozumu od ich przeciwników… zazwyczaj.
No, wyżyłam się trochę 🙂 Mam nadzieję, że czytaliście na tyle uważnie recenzję, by uniknąć spoilerów, jeśli ich nie chcieliście. W każdym razie, jak już pisałam wcześniej — dla fanów young adult i historii z tej samej półki co „Igrzyska Śmierci” to niewątpliwie jest gratka, ale jeśli chodzi o jej wartość z punktu widzenia dobrej, porządnej fantasy… to ta jest właściwie zerowa. Jeśli więc szukacie porządnej fantasy… „Czerwoną Królową” omijajcie z daleka.

Tytuł: Czerwona Królowa
Tytuł serii: Czerwona Królowa
Numer tomu: 1
Autor: Victoria Aveyard
Liczba stron: 488
Gatunek: young adult / fantasy
2 thoughts on “Czerwona Królowa: O świecie, w którym karmazynowa krew jest hańbą [recenzja] [archiwum]”