Tę książkę czytałam w moje 19 urodziny w 2016 roku, na wystawie psów w Austrii, na której byłam z rodzicami. Pamiętam to do dziś. „Solaris” Stanisława Lema zrobił na mnie wówczas duże wrażenie, a jednak dziesięć lat później, gdy przenoszę ten wpis na nową domenę, wciąż nie mam tej książki u siebie w domu. Czasem tak bywa, prawda? Co wówczas sądziłam na temat tego klasyka Lema?
„Bajki robotów” spowodowały u mnie uraz do Lema
Po Lema planowałam niby sięgać od dawna, ale tak naprawdę cały czas coś mnie od jego książek odpychało. Po moim nieudanym spotkaniu z jego „Bajkami Robotów” w podstawówce chyba po prostu bałam się po niego sięgnąć, a że nie mam go ani w swojej biblioteczce, ani w bibliotece miejskiej, to uznawałam, że mogę przeczytać go później czy kiedyś tam. W końcu jednak się przemogłam i choć w wersji elektronicznej, to jednak po jego chyba najbardziej znaną pozycję — „Solaris” — sięgnęłam. I dobrze mi z tym 😀 Lubię pokonywać swoje słabości tego typu.
Badania nad żywym oceanem
Kris Kelvin ma pomóc w badaniach nad planetą Solaris, jednak już od chwili przybycia na stację badawczą odkrywa, że coś jest nie tak. Jeden z trzech członków załogi nie żyje, a dwójka pozostałych zachowuje się co najmniej dziwnie. Jakby tego było mało, ma wrażenie, jakby ktoś poza nimi zamieszkiwał stację…
Jakie niebezpieczeństwo kryje się przed Kelvinem? I jak ma się do tego olbrzymi, podobno żywy ocean pokrywający Solaris?
Myślałam, że wiem, o co tu będzie chodzić…
Moim pierwszym wrażeniem po przeczytaniu kilku pierwszych stron powieści była myśl: hej, ja wiem, co będzie dalej. Znam ten motyw z filmów, jako że SF nie czytam zbyt często! Osoba czy załoga, stacja albo planeta, która lada moment okaże się mieć w sobie coś strasznego i zabójczego. Tona akcji, niekoniecznie sensownej, trochę strachów i elektroniki. Czyli coś, co trawię, ale dość ciężko i zdecydowanie za czym nie przepadam. Styl autora był jednak godny pozazdroszczenia — naprawdę, Lem doskonale operuje swoim rodzimym językiem — poza tym to w końcu klasyka, która zwykle jest schematyczna, dlatego… warto byłoby przez nią przebrnąć, prawda?
Jakież było moje zdziwienie, gdy z biegiem czasu fabuła rozwijała się jednak nieco inaczej, niż zakładałam na początku. W swojej powieści Lem porusza przede wszystkim zagadnienie dotyczące kontaktu i możliwości ludzkiego poznania — niezależnie od tego, czy mówimy o tym w kontekście międzyplanetarnym, czy międzyludzkim. Autor stawia przed nami zagadkę do rozwiązania, nie kończąc przy tym historii jednoznacznie. Zadaje nam pytania i nie odpowiada na nie w pełni.
Narracja pierwszoosobowa, która działa
Powieść napisana jest w formie pierwszoosobowej, co przynajmniej mi kojarzy się zwykle z kiepskimi młodzieżówkami. W „Solaris” jednak taki zabieg sprawdza się doskonale, bo dzięki niemu wraz z bohaterem powoli coraz głębiej wchodzimy w świat przedstawiony przez autora.
„Solaris” to dobrze opisany świat
A jaki jest ten świat? Naprawdę dobrze opisany. Tak, Lem dobrze objaśnia to, jak Solaris działa, i o dziwo, jest to… całkiem ciekawe. Nie jestem ogromną fanką science fiction, te całe planety i mechanika nie przemawiają do mnie zbytnio, ale to przyznać muszę. Pomysł autora na stworzenie planety z takimi, a nie innymi właściwościami jest warty poznania.
Samych bohaterów powieści mamy czterech. Na ponad trzysta stron powieści to liczba wystarczająca, aby dobrze ich opisać i scharakteryzować, jednak tak naprawdę bliżej poznajemy tylko Kelvina, w którego głowie zresztą siedzimy. Pozostałe postacie służą raczej do stawiania nam pytań i wprawiania w ruch fabuły, której akcja przebiega jednocześnie… szybko i wolno. Czemu? Bo z jednej strony cały czas odkrywamy nowe wskazówki i jesteśmy utrzymywani w napięciu, z drugiej… tu nie ma wielkich wybuchów i wielkich akcji. Po prostu zagadka, która stawia przed nami filozoficzne rozważania.
Czy to ciężka w odbiorze książka fantastyczno-naukowa?
No właśnie, filozoficzne. Czy „Solaris” to ciężka lektura? Nie, jeśli potraktujemy ją jako zwykłą książkę science fiction, która ma przynieść nam trochę rozrywki. Styl Lema naprawdę nie jest ciężki, choć potrafi być stosunkowo surowy. Jest czysty, bez przekraczania granic moralności, literacki, ładny. Niemniej przy tym niezanudzający i łatwy do czytania. Innymi słowy, dobry do stosunkowo chłodnego science fiction, które w moim odczuciu nie chce grać na emocjach tak bardzo jak fantasy. Bo ten gatunek skupia się na faktach, na mózgu, nie na serduchu i bajkach, które w nim tkwią. Jeśli jednak zaczniemy tę historię rozważać i się nad nią zastanawiać… cóż, wtedy można do przeróżnych rzeczy i faktów się dokopać.
Jak to jest więc z tym „Solaris”? Warto? Nie warto? Jasne, że warto! Ba, nawet trzeba — to w końcu jedna z najbardziej znanych polskich pozycji i myślę, że nawet osoby nielubiące fantastyki powinny się z nią zapoznać, zwłaszcza jeśli chcą uchodzić za oczytane osoby. Czy jednak wszyscy ją pokochają i będą uwielbiać? Zdecydowanie nie. To ciekawa lektura, napisana doskonale, ze świetnie poprowadzonymi wątkami, ale porusza raczej umysł, nie serducho — a zdaję sobie sprawę, że nie każdy tego w książkach szuka 🙂

Tytuł: Solaris
Autor: Stanisław Lem
Liczba stron: 340
Gatunek: science-fiction
1 thought on “Solaris: Szukając kontaktu [recenzja] [archiwum]”