„Wybrzeżu Szkieletów” nie jest przykładem typowo czytanej przeze mnie literatury i tak nie było też w 2014 roku, kiedy ją przeczytałam i kiedy powstała poniższa recenzja. Co sądziłam wówczas o tej przygodowej historii?
Poszukiwania wraku parowca
Po opisie z tyłu okładki przypuszczałam, że ot tak trafiłam na typową, strasznie schematyczną przygodówkę: ot, mamy sobie panią, która szuka skarbu. Wpada na pana, który postanawia pomóc jej odnaleźć te bogactwa, co oczywiście udaje im się, z jakimiś tam przeszkodami na drodze. By nie było nudno, pan i pani zakochują się w sobie, stwierdzają, że pieniądze jednak szczęścia nie dają, wszyscy są szczęśliwi, koniec. Nie pomyliłam się jakoś szczególnie, jednak muszę przyznać, że autorowi udało się mnie odrobinę zaskoczyć.
Na początku poznajemy pewnych XIX-wiecznych Anglików, którzy ukradli diamenty jakiemuś plemieniu i uciekając przez pustynię, aby ostatecznie dotrzeć do morza, natrafiają jednak na burzę piaskową, która zasypuje ich statek. Nie muszę chyba mówić, że skończyli źle? Po tym wstępie zaczynamy powoli poznawać naszych bohaterów. Sloane, młoda kobieta pracująca dla firmy jubilerskiej, szuka wraku parowca, w którym ponad 100 lat temu zostali pogrzebani żywcem złodzieje owych diamentów, o których wspomniałam wcześniej. W tym samym czasie oraz w tej samej okolicy kapitan Cabrillo, właściciel nijakiej Korporacji, prywatnej firmy pomagającej w zażegnywaniu konfliktów, ma do wykonania zadanie mogące wpłynąć na losy świata (a jakby inaczej, nie?). Oczywiście nasza parka głównych bohaterów wpada na siebie i… zaczyna nawzajem pomagać sobie w pracy. Nie będę zdradzać więcej, coby przypadkiem nie spojlerować 🙂 Ale wspomnę jeszcze, że cała powieść nie skupia się wcale aż tak bardzo na diamentach — co jest właśnie tym drobnym zaskoczeniem, o jakim wspominałam wcześniej.
Bohaterowie niczym z plastiku
Główni bohaterowie, szczególnie na początku, wydali mi się strasznie… plastikowi. Wszystko potrafią, mają rozległą wiedzę i oboje mają nadaną nieśmiertelność głównego bohatera, co sprawia, że najzwyczajniej w świecie są… nudni. Trochę nieludzcy wręcz, powiedziałabym. Nie mają słabości, są liderami. Trudno jest wczuć się w taką postać… bo niby każdy z nas taki chciałby być, ale mamy przecież swój rozum, wiemy, że takie zachowania, taki zapał są niemożliwe… przez co nie jesteśmy w stanie współodczuwać wraz z nimi. No, może nie każdy z nas — przynajmniej ja mam z tym problem i najzwyczajniej w świecie mi się to nie podoba.
Ale to w końcu nie jest powieść psychologiczna czy skupiająca się w jakimkolwiek stopniu na psychologii bohaterów… dzięki czemu nie jest to aż tak rażące, jak byłoby w przypadku większości innych gatunków. Mamy do rozwiązania jakiś problem, jakąś zagadkę i to na niej skupia się fabuła książki. I fakt faktem, akurat w dziedzinie akcji autorzy spisali się naprawdę nieźle, bo właściwie w każdej chwili coś się dzieje — raz jest to ciekawsze, innym razem mniej, ale jednak… cały czas wszystko popychane jest do przodu, nic nie stoi w miejscu. Na początku czytania wprawdzie nieco bolały mnie opisy czysto techniczne, jako że większa część fabuły odgrywa się na statkach, a ja o nich nie mam najmniejszego pojęcia, jednak gdy już do tego przywykłam, nie był to dla mnie problem i mogłam skupić się właśnie na samych wydarzeniach.
Same opisy nie są może najbardziej porywające i wciągające na świecie, jednak… są w porządku. Na tyle poprawnie napisane, że nie usypiają, a zachęcają do przeczytania kolejnej strony.
Nie wierzę w to, co dzieje się w tej książce
Myślę, że powinnam poruszyć tutaj jeszcze jeden, może drobny temat, ale jednak. Widzicie, gdy czytam fantastykę, wiem, że to są sytuacje niemożliwe do zrealizowania, że to bajki, ale… całokształt był tak logiczny, tak dobrze skonstruowany, że chciałam w to wierzyć. Zaś w „Wybrzeżu Szkieletów”, mimo że teoretycznie akcja rozgrywa się na Ziemi, że sytuacje są bardziej prawdopodobne niż te z fantastycznych książek… nie, ja po prostu nie jestem w stanie wczuć się w pełni w tę sytuację. Wiem, że to bajka, fikcja i nawet nie chcę znaleźć się w tamtym miejscu. Autorzy nawet nie próbują nam wmówić, że taka sytuacja, jaka została przedstawiona w tej książce, mogłaby naprawdę mieć miejsce. Wydaje mi się, że to jest główny problem tej opowieści — jasne, przygodówki nigdy nie słynęły z realistyczności, ale jednak… jeśli już coś czytam, chciałabym się poczuć, jakbym była zaraz obok bohaterów… W „Wybrzeżu Szkieletów” tego brakło.
Podsumowując, to nie jest najgorsza książka — jeśli ktoś lubi przygodowe powieści, może spokojnie po nią sięgnąć. Ale nie jest to w żadnym razie literatura wysokich lotów, którą polecałabym dosłownie każdemu, bo musisz to przeczytać, bo jest najcudowniejsze w świecie i po prostu musisz. Masz tę książkę pod ręką? A może jedziesz pociągiem czy autem i masz trochę wolnego czasu, nie mogąc się jednak dobrze skupić? Sięgnij, może Cię zaciekawi, a podróż pewnie umili. Tyle że na niezwykłe przeżycia czy skoki ciśnienia lepiej się nie szykuj, ponieważ najzwyczajniej w świecie „Wybrzeże Szkieletów” jest powieścią zbyt niskich lotów, aby Ci to zapewnić.

Tytuł: Wybrzeże Szkieletów
Autor: Clivie Cussler, Jack De Brul
Liczba stron: 399
Gatunek: powieść przygodowa