„Buntowniczka” to kolejna książka, która czytałam w 2017 roku i którą kupiłam na jakiejś promocji, a nie dlatego, że naprawdę chciałam ją przeczytać. Doświadczenie nauczyło mnie, że takie skoki w bok zwykle nie kończą się dla mnie, jako dla czytelniczki, dobrze. Ale przynajmniej powstała wtedy poniższa recenzja. Zapraszam!

A może masz ochotę na polskie powieści SF? Sprawdź: „Hel 3” | „Vertical” | „Furtka do ogrodu wspomnień”
Kris próbuje uciec przed polityką
Córka premiera nie ma łatwo. Kris, próbując uciec przed polityką, dołącza do armii. Nie tak łatwo jednak jest uciec od rodziny, zwłaszcza gdy międzyplanetarna wojna staje się rzeczywistością.
Rzadko czytam opisy książek. Nie widzę takiej potrzeby: zwykle robię to dopiero po lekturze. W przypadku „Buntowniczki” zapoznawałam się jednak z tym, co Fabryka Słów umieściła z tyłu, i uznałam, że pewnie dostanę młodzieżowe militaria w kosmosie, z jakąś niekoniecznie mądrą przygodą i romansem. Nic wielkiego, ale jednocześnie – lekkiego i miłego. Moje oczekiwania względem książki jednak trochę się rozminęły z tym, co ostatecznie dane było mi poznać.
„Buntowniczka” jest lekka w odbiorze
Skłamałabym, mówiąc, że „Buntowniczkę” źle się czyta. Być może tłumaczenie nie jest najlepsze – powtórzeń jest sporo, parę błędów wypatrzyłam – ale nie zmienia to faktu, że tekst łatwo „wchodzi”. Dość lekki, choć niewyróżniający się styl sprawia, że tu nie da się ani pogubić, ani czegoś nie zrozumieć.
Niestety styl autora jest tu chyba największą zaletą. Osobiście, czytając „Buntowniczkę”, po prostu nieźle się wynudziłam. Seria, którą książka rozpoczyna, jest tasiemcem i pierwsza część niby ma wprowadzić nas w świat przedstawiony, i teoretycznie to robi, tyle że w niekoniecznie najciekawszy sposób. Cokolwiek istotnego dziać się zaczyna dopiero na ostatnich stronach. Wcześniej obserwujemy, jak marines rozdają jedzenie poszkodowanym i jak główna bohaterka piecze pięć blach ciastek w ciągu godziny albo dwóch, w trakcie gdy jej ciotka hakuje komputer. Fascynujące, prawda?
Kris ma być silną bohaterką
Główna bohaterka, Kris, niby jest kreowana na silną, młodą kobietę, ale ja jakoś tego do końca nie widzę. Nie zrozumcie mnie źle: wykreowana jest na pewno lepiej niż „super-zabójczyni-zabijcie-mnie” ze „Szklanego tronu” Maas, ale coś mi w niej nie gra. Przede wszystkim nie do końca klei mi się jej przeszłość z tym, co robi, a jej powód wstąpienia do marines jest po prostu dość głupi. Poza tym ma dwadzieścia dwa lata: osobiście wolałabym, gdyby miała więcej, zwłaszcza że gra rolę oficera, przy okazji będąc w samej armii chyba zaledwie od kilku miesięcy. Nie wszystkich traktuje też fair. Jej najlepszy przyjaciel, Tom, robi za jej młodszego brata i popychadło jednocześnie, co wcale nie sprawia, że lubię tę postać bardziej.
Pozostali bohaterowie „są, jacy są”. Tom, jak już wspominałam, to po prostu popychadło, które zrobi cokolwiek Kris chce. Jej rodzina często zachowuje się w sposób wymuszony, a komputer bohaterki to inteligentna maszyna, która zachowuje się jak jej koleżanka: nie czuję w niej ani SI, ani oprogramowania stylizowanego na nią, a to zdecydowanie nie jest zaletą książki science fiction.

Autor chyba nie wie, o czym pisze
Czytając, miałam wrażenie, że autor nie do końca wie, o czym pisze. Wprawdzie sama na temat armii mam nikłe pojęcie, ale w trakcie lektury miałam wrażenie, że te wszystkie militaria, które w tekście są obecne, zupełnie do niego nie pasują. Całość wygląda tak, jakby autor chciał opowiedzieć prostą historię o dziewczynie, która chce wyrwać się z domu rodzinnego, i do tego dokleił tę całą fantastyczną powłoczkę, by było ciekawiej i kolorowo.
Dodać muszę, że przynajmniej w tomie pierwszym nie istnieje coś takiego jak romans głównej postaci. Czy to zaleta? Zależy, jak na to spojrzeć: w tym przypadku może romans sprawiłby, że powieść miałaby więcej kolorów?
„Buntowniczka” to powieść, która ma szansę się spodobać tym, którzy nie są szczególnie zainteresowani science fiction. Czytelnicy młodzieżówek, niekoniecznie wymagający, pewnie polubią książkę Mike’a Shepherda, głównie za sprawą lekkiego stylu autora. Niemniej wyjadaczom fantastyki zdecydowanie nie polecam. Nie ma po co tracić czasu na książkę co najwyżej przeciętną.
– Tom, czego się tu bać?
– Jesteś dziewczyną, więc nie spotkasz żadnego z nich w drodze pod prysznic albo do toalety. Ciągle musiałbym stać na baczność. Jakoś się do tego nie palę.
Harvey oparł dłoń na ramieniu młodego oficera.
– Wiem, co czujesz, chłopcze. Świeżo po wyjściu z armii nadal nosiłem w duszy pagony szeregowego i przebywanie w pobliżu generała było dla mnie szokiem. Ale szybko okazało się, że to ludzie. Tacy sami jak my. I wiesz, im wyższą pozycję zajmują, tym bardziej zdają sobie z tego sprawę. Nie wszyscy oczywiście, ale wierz mi, ci z otoczenia generała albo „Kłopota” to porządni ludzie. Gdyby nimi nie byli, nie przyjechaliby tu wszyscy pytać generała, jak wyplątać się z tego bałaganu.
Fragment „Buntowniczki” Mike’a Shepherda
Sprawdź więcej literatury amerykańskiej!

Tytuł: Buntowniczka
Tytuł serii: Kris Longknife
Numer tomu: 1
Autor: Mike Shepherd
Tłumaczenie: Justyna Łyżwa
Liczba stron: 504
Gatunek: science-fiction
Wydanie: Fabryka Słów, Lublin 2014