„Prometeusz” był moim początkiem przygody z „Obcym”. Obejrzałam ten film w 2017 roku i zupełnie szczerze mówiąc: niewiele z niego pamiętam teraz, w 2026 roku, kiedy przenoszę tę recenzję na nową domenę. To chyba trochę o tym filmie SF mówi… Co wtedy o nim pisałam?

Recenzje innych filmów i seriali SF: „The Expanse” | „Ex Machina” | „Chappie” | „Psycho-Pass” | „Z Archiwum X” | „Westworld”
Twórcy ludzkości pochodzą z gwiazd
Para naukowców odkrywa, że ludzkość prawdopodobnie ma swoich twórców wśród gwiazd. Udaje się im zorganizować wielką wyprawę, w trakcie której mają odnaleźć inżynierów ludzkości. Nie spodziewają się jednak tego, co czeka na nich na obcej planecie.
„Przypadkiem” wyszło, że moją przygodę z „Obcym” zaczęłam od „Prometeusza”. Wprawdzie wiedziałam, że film nie ma najlepszych opinii, ale uznałam, że co mi tam, obejrzę! Przecież nie może być tak źle. Niestety ostatecznie… było tak źle, jeśli nie gorzej.
Ten film wygląda!
„Prometeusz” wygląda przepięknie. Naprawdę, widząc pierwsze zdjęcia, pierwsze widoki, nie można nie powiedzieć „wow”. Ten film jest niezwykle barwny i olbrzymi; wręcz przytłacza tym, jak wygląda. Wszystko potęguje przepiękna muzyka i gdyby oglądanie go polegało tylko na podziwianiu widoków, byłabym zachwycona. Niestety, cała magia ulatuje, gdy zamiast na podziwianiu świata film zaczyna skupiać się na bohaterach. Bohaterach, którzy mimo bycia naukowcami są bandą skończonych idiotów.
„Prometeusz” miał być epickim filmem SF
Sam pomysł na film nie był zły. Mamy statek, lecimy odkrywać nowy świat, poznać naszych stwórców, a w międzyczasie odkrywamy coś niebezpiecznego, co chce nas zabić. Problem polega na tym, że „Prometeusz” chce być filmem o czymś wielkim, niezwykłym i epickim, a daje nam tak głupie postacie, że trudno na to patrzeć spokojnie. Rozumiem, że horror rządzi się swoimi prawami, ale po pierwsze, to nawet nie jest straszne, a po drugie – są jakieś granice, prawda?
Nasze postacie to naukowcy. Powinni wiedzieć, że kosmos może być niebezpieczny, że nie należy mu ufać i trzeba być ostrożnym w trakcie odkrywania nowych planet. Niestety, oni o tym nie mają pojęcia. Są jak dzieci w piaskownicy, które, widząc czarną, nieznaną maź, włożą w nią palec, a gdy dostaną czaszkę obcej istoty, po prostu zaczną nią sobie rzucać. Cała ta gadka o odkrywaniu pochodzenia ludzi w tym przypadku jeszcze potęguje ich głupotę; w końcu to miał być wielki, mądry film. A nim nie jest.
Najlepiej ze wszystkich postaci wypada android David (Michael Fassbender). Nie wiem, czy to kwestia aktorstwa, czy scenariusza, ale to jedyna postać, która ma choć trochę oleju w głowie. Przy okazji wydaje się też nienajgorzej zagrana. Niestety, jednym bohaterem takiego filmu się nie pociągnie, zwłaszcza jeśli przez cały czas skupiamy się na gromadce dzieci, które robią wszystko, by umrzeć.

„Prometeusz” się nie klei…
„Prometeusz” to film, który kompletnie się nie klei; który chce być wielki i piękny, a wypada niezwykle głupio. Najbardziej boli mnie fakt, że bazując na tym samym pomyśle, można byłoby zrobić coś naprawdę niezłego… A w takiej sytuacji nie mogę go polecić kompletnie nikomu, bo nawet dla tych widoków nie warto go oglądać.
„Prometeusz” (2012)
(ang. „Prometheus”)
horror, science-fiction, akcja
reż. Ridley Scott
1 thought on “Prometeusz (2012): Dzieci w piaskownicy [recenzja] [archiwum]”