Dziś, w 2026 roku, kiedy przenoszę poniższą recenzję na nową domenę, uwielbiam sukienkę z filmu „Kopciuszek” z 2015 roku. Kiedy jednak w 2016 roku się z nim zapoznałam, wcale nie zrobiła na mnie efektu „wow”. Co wowczas sądziłam o tej wersji baśniowego klasyka?

Klasyczna baśń w nowej oprawie
Kopciuszek był szczęśliwą, ukochaną córeczką swoich rodziców. Do czasu… Jej matka umiera, a ojciec wkrótce ponownie się żeni. Macocha dziewczyny prędko zaczyna traktować ją jak służącą, podobnie jak jej dwie głupie córki. Kopciuszek prawie godzi się z własnym losem, gdy niespodziewanie dowiaduje się o balu organizowanym dla księcia, na który mogą przyjść wszystkie panny z królestwa. Odtąd udział w nim staje się jej największym marzeniem…
Czy musiałam w ogóle streszczać ten fragment? Nie, wydaje mi się, że nie. Każdy, a przynajmniej większość z nas, zna fabułę „Kopciuszka” — czy to przez czytanie baśni, czy przez oglądanie filmowych adaptacji, w tym tej głównej i najpopularniejszej — Disneyowskiej, z 1950 roku.
Ta wersja jest po prostu poprawna
Gdy w dzieciństwie moja siostra uwielbiała postać Kopciuszka, mnie ona nieco irytowała i zdecydowanie wolałam inne bohaterki, na przykład Bellę z „Pięknej i Bestii”. Nigdy nie była to moja ulubiona królewna, dlatego wcale nie paliło mi się do oglądania tego obrazu. Jak jednak Disneyowi wyszła kolejna filmowa adaptacja kultowej bajki?
Poprawnie. Po prostu… poprawnie.
W „Kopciuszku” nie znalazłam niczego nowego. Niczego, co by mnie zaskoczyło albo oczarowało. To po prostu poprawnie wykonany, bardzo kolorowy film, który na pewno w całości kupią dzieci, ale czy dorośli? Jeśli nie uwielbiają Disneya — nie wydaje mi się.
Nie mogę narzekać na to, że coś nie klei się w fabule, że coś jest nie tak z postaciami — co mogę nazwać sukcesem tejże wytwórni. Do tej pory wszystkie adaptacje tego typu, które dane było mi oglądać, na czymś się wykładały, mimo że te historie są bardzo proste, a tu? Wszystko gra. Jest OK. Nie byłabym jednak sobą, gdybym się czegoś nie czepiała, prawda…?

To CGI mi się nie podoba!
Jedną z rzeczy, której nie potrafię w tego typu filmach przeboleć, jest… CGI. Tak, ja rozumiem, że ten film to baśń, że ma być bardzo kolorowy i wiem, że bez efektów nie stworzymy gadających myszy. Wiem, ale… nie wyobrażacie sobie, jak bardzo rażą mnie tego typu efekty. Nawet w kulminacyjnym momencie, w którym bohaterka dostała karetę, suknię, konie — nie potrafiłam się tym cieszyć. Bo zamiast czegoś magicznego widziałam podróbkę przemian czarodziejek z takich animacji jak „W.i.t.c.h.” albo „Winx”… Na całe szczęście nie ma tego aż tak dużo, a na dodatek wiem, że wielu osobom CGI wcale nie przeszkadza. Ba, nawet przeciwnie!
Drugą sprawą są stroje, do których mam dwie uwagi. Pierwsza — najpiękniejsza suknia w bajce była, moim zdaniem, najbrzydszą. I cóż, to znów zupełnie moje zdanie i na odbiór filmu innych może nie wpłynąć. Ale drugi problem jest zdecydowanie poważniejszy. Niech mi ktoś łaskawie wyjaśni, jak można łączyć w jednym kadrze suknie i osobę noszącą coś w panterkę? Twórcy nie obrali jednej epoki, jeśli chodzi o stroje, i skakali sobie, wybierając takie ubrania, jakie im się podobały. Dzieciom w odbiorze to nie przeszkodzi, ale mi — już tak.
Lily James nie pasuje mi do tej postaci
No i na koniec parę słów o Lily James jako Kopciuszku. Aktorka jest śliczna, tego odmówić jej nie mogę, niemniej nijak pasuje mi do wizerunku tej postaci. Na dodatek uważam, że kilka scen w filmie jej po prostu nie wyszło. O jakie mi chodzi? Nie o te trudniejsze, nie o te z dialogami… a o te z tańcem i wielkimi wejściami. Bezustannie miałam wrażenie, że James jest spięta, a w samym tańcu jakby brakowało jej umiejętności. Wydawało mi się, że bardzo skupia się na krokach, a nie na byciu Kopciuszkiem. Ach, i nie wiem, czy tylko ja, ale jakoś… nie byłam w stanie uwierzyć w dziewczynę jadącą na koniu zupełnie bez żadnej uprzęży…
W tym filmie naprawdę nie ma ani nic genialnego, ani nic strasznego. Można go obejrzeć — nie trzeba. To ten rodzaj filmu, który można spokojnie puścić dziecku, aby obejrzeć go razem z nim, bo obie strony mogą z niego jakąś radość wynieść, ale w samotności oglądać go raczej nie polecam. No, chyba że są wśród Was jacyś olbrzymi fani Disneya — to wtedy… cóż, prawdopodobnie już jesteście po seansie, a jeśli nie, to znając życie, macie go w planach tak czy tak 😀
Kopciuszek (2015)
Cinderella
famillijny, fantasy, romans
reż. Kenneth Branagh