Długo zajęło mi docenienie twórczości J. R. R. Tolkiena. W 2012 zaczęłam czytać „Silmarillion”, którego jednak wówczas nie dokończyłam. W 2016 roku znalazłam w bibliotece „Niedokończone opowieści” i uznałam, że dam im szansę. Doszłam wówczas do wniosku, że to chyba nie był najlepszy pomysł. Jak wówczas odebrałam tę ksiązkę?
Zebrane po śmierci J .R. R. Tolkiena
Po śmierci swojego ojca Christopher Tolkien zebrał jego niedokończone jeszcze prace i ułożył je w „Niedokończone opowieści” — zbiór opowiadań z trzech er Śródziemia, przybliżających historie mniej lub bardziej znanych postaci.
J.R.R. Tolkien ma niezwykłego syna. Naprawdę, to cudowne, że komukolwiek chciało się studiować dogłębnie wymyślony świat, a później grzebać w pozostawionych notatkach i składać z tego książkę. Zdaję sobie sprawę z tego, że to zapewniło Christopherowi Tolkienowi profity, jednak i tak… Fani tego autora mogą być naprawdę temu człowiekowi wdzięczni, bo chyba każdy chciałby zobaczyć jak najwięcej z dzieł swoich autorytetów, nawet jeśli nie zostały dokończone.
To nie jest książka dla każdego fana „Władcy pierścieni”
Tyle że… jak się ma to do „Niedokończonych opowieści”? Ano tak, że nie jest to pozycja dla każdego. Co to, to nie. Uważasz, że Tolkien jest w sumie spoko, filmy były fajne, książka dała radę, świat kolorowy i w sumie tyle? To nie próbuj sięgać po tę pozycję. „Niedokończone opowieści” to książka dla tych, którzy znają w miarę dokładnie świat „Władcy Pierścieni”, można powiedzieć: mają fioła na jego punkcie, i ciągle czują niedosyt, mimo że mają za sobą sporą część twórczości tego autora.
„Niedokończone opowieści” to praca dwóch osób
„Niedokończone opowieści” to właściwie praca dwóch osób. Ojca, który spisał ich bazę, oraz syna, który nie tylko zebrał to w całość, ale także obdarzył dość obszernym komentarzem i bardzo obszernymi przypisami. Historie wewnątrz pozycji są mniej lub bardziej dokończone i sięgając po tę książkę, trzeba się z tym liczyć.
Kto czytał choć jedną pozycję Tolkiena, ten wie, że autor ten ma niezwykły, ale dość surowy styl. Większość historii, które znalazłam w tych opowieściach, jest pisana w sposób niemalże biblijny. Treści są patetyczne, opisujące często bardziej lore i rody, z których pochodzą postacie, niż same wydarzenia i akcję. Wszystko, owszem, jest w tym piękne, ale do tego stylu trzeba przywyknąć, wbić się w niego i przede wszystkim mieć do niego cierpliwość. „Niedokończone opowieści” to nie czytadło, przez które przeleci się w ciągu chwili, bez myślenia, jak przez sporą część lekkich pozycji.
Jak pisałam wcześniej, aby w pełni zrozumieć i pojąć tę książkę, należy znać inne pozycje autora. Ja czytałam je dość dawno i niezbyt dokładnie, dlatego… cóż, kilkukrotnie prawie się poddawałam, zwłaszcza że historie potrafią się urywać w różnych momentach, później zaś dokańcza je syn autora, podając tyle informacji, ile zdołał znaleźć lub sam wiedział.
Nie wiem czemu, ale ze wszystkich przeczytanych przeze mnie treści najbardziej spodobał mi się… opis Numenoru. Chyba po prostu przy stosunkowo słabej znajomości świata przedstawionego tekst, w którym właściwie wszystko było nowością, nie było nadmiaru imion, miejsc i wydarzeń, których po prostu nie znam, pozwolił mi na chwilę odpocząć od tego nadmiaru danych i dał motywację, by dotrwać do końca.
To fantasy było literaturą piękną
Tolkien niewątpliwie tworzył literaturę piękną. Mimo że sporo treści w „Niedokończonych opowieściach” to tylko szkice, ich charakter jest naprawdę unikatowy. Jak jednak pisałam wcześniej, to pozycja przeznaczona właściwie tylko dla wielkich fanów autora, którzy zbierają wiedzę o Śródziemiu zewsząd. Inni oczywiście mogą po tę pozycję sięgnąć, jednak im mniejsza znajomość lore, tym bardziej męcząca ta książka może się okazać — dlatego jeśli ktokolwiek chce po nią sięgnąć, najpierw powinien zapoznać się przynajmniej z głównymi pozycjami tegoż autora.

Tytuł: Niedokończone Opowieści
Autor: J. R. R. Tolkien
Liczba stron: 608
Gatunek: zbiór opowiadań high fantasy
2 thoughts on “Niedokończone Opowieści: Dla znawców tematu [recenzja] [archiwum]”