„Szpital Nadziei” to serial, którego pierwszy sezon ukazał się w 2012 roku, a ja natrafiłam na niego cztery lata później, szukając tytułów, które mogłyby spodobać się mojej 11-lat starszej ciotce. Nie był to łatwy challenge i chyba wówczas nie udało mi się mu podołać. W efekcie powstała wówczas poniższa opinia. Jak podobał mi się ten pozornie zwykły szpital, w którym pojawiały się… duchy?

„Szpital Nadziei” ma typową konstrukcję serialu medycznego
Oglądaliście „Ostry Dyżur”? Choćby pojedynczymi odcinkami? Jeśli tak, większość serialów medycznych swoją formą Was nie zaskoczy. Podobnie jest ze „Szpitalem Nadziei”, którego pierwszy sezon stworzony został w 2012 roku.
Serial ten opowiada o szpitalu Hope Zion z dwóch perspektyw: z perspektywy Alex Reid, młodej, acz utalentowanej pani doktor, oraz z perspektywy Charliego Harrisa, jej narzeczonego, który przez wypadek samochodowy zapadł w śpiączkę i obserwuje życie w szpitalu ze strefy duchowej, rozmawiając z osobami, które zmarły lub które są w takim stanie jak on. Poza przypadkami medycznymi twórcy pokazują nam perypetie innych pracowników szpitala, ich relacje oraz trudne wybory.
To nie jest wymagająca historia
Lubicie medyczne, niewymagające seriale, które może nie są genialne, ale wykonane są w typowym, amerykańskim stylu? „Saving Hope”, czyli „Szpital Nadziei”, powinien przypaść Wam do gustu. Nie ma w nim właściwie nic zaskakującego, główny wątek byłam w stanie przewidzieć od początku do końca już po pierwszych odcinkach serialu, a same wątki medyczne nie są pokazywane zbyt szczegółowo. To nie „dr House” polegający na rozwiązywaniu zagadek medycznych, a serial przedstawiający w miarę zwyczajne, szpitalne życie. No, może poza tym, że w naszych ośrodkach zdrowia lekarze nie chodzą z tabletami firmy Apple i są wiecznie uśmiechnięci i gotowi walczyć o swoich pacjentów…
Alex Reid to postać, która kocha swojego Charliego wręcz doskonałą miłością. Tak doskonałą, że aż trudno w nią uwierzyć — i to samo, bądź co bądź, muszę powiedzieć o jej ukochanym. Ta relacja jest bardzo naiwna i przesłodzona, niemniej fanki romansów nie powinny na nią narzekać. Z pozostałych bohaterów zapałałam sympatią do dr. Joela — zadziornego, pewnego siebie faceta — oraz do psychiatry szpitalnego, dr. Gavina Murphy’ego. To wyraźne postacie, o własnych charakterach, choć niezbyt głębokie, jak zresztą na tego typu serial przystało.
To całe wychodzenie z ciała…
Nie do końca podobał mi się wątek z tym całym wychodzeniem z ciała dr. Harrisa. No wiecie… to bardzo typowy motyw w przypadku osób w śpiączce… i choć można to fajnie wykorzystać (np. dodając do serialu nutkę grozy), to w tym przypadku taki zabieg naprawdę wiele nie wnosi do całości, przy tym niszcząc wiarygodność Hope Zion i tworząc z serialu połączenie „Ostrego Dyżuru” i „Zaklinaczki Duchów”. A to nie jest coś, co w pełni kupuję…
„Szpital Nadziei”, a przynajmniej jego pierwszy sezon, to nie jest tragiczny serial, ale czy przy tym jest dobry? Nie powiedziałabym. Jest raczej bardzo typowy, zwyczajny — dobry dla osób, które po ciężkim dniu pracy mają ochotę na coś niewymagającego i lekkiego, bez specjalnego klimatu i bez specjalnych wydarzeń. Ten serial spokojnie można puścić w tle w czasie prasowania czy jedzenia, ale… nie ma w nim nic więcej. Zainteresowanych czymś takim albo fanów „Ostrego Dyżuru” zapraszam do oglądania, inni jednak spokojnie mogą sobie go odpuścić 🙂