„Zbieg” został przeze mnie przeczytany w 2015 roku i to też z tamtego okresu pochodzi poniższa recenzja. To nigdy nie był typ literatury, za którym jakoś szczególnie przepadałam. Jednak dałam jej szasnę i teraz, w 2026 roku… nic z niej nie pamiętam. Jak jednak odebrałam ją w czasach licealnych?
Gdy drobny oszust wychodzi z więzienia
Charlie March, drobny oszust, odsiaduje swój niewielki wyrok. Niedługo przed zwolnieniem go z więzienia jego towarzysz niedoli próbuje ucieczki. Charlie nie tylko powstrzymuje go przed tym, ale również ratuje życie jednemu ze strażników, za co szybko zostaje okrzyknięty bohaterem. Po wyjściu z więzienia pisze książkę i zdobywa sławę… i wszystko byłoby w porządku, gdyby wkrótce nie został posądzony o morderstwo. Ucieka więc z USA do Batangi, szukając schronienia. Po kilkunastu latach ma dość nieustannego życia w strachu przed rządzącym krajem tyranem, a ponieważ grozi mu dość poważne niebezpieczeństwo, postanawia wrócić do kraju i stawić czoła rozprawie sądowej, jaka czeka go na miejscu.
„Zbieg” spełnił moje oczekiwania, choć niczym nie zaskoczył
„Zbieg” to połączenie kryminału z sensacją, przedstawiające przy okazji zmagania adwokatów w obronie swoich klientów. Muszę przyznać, że mniej więcej tego się po tej książce spodziewałam — mamy wielką, nagłośnioną sprawę i typowe dla Amerykanów szybkie zwroty akcji. W powieści sporo się dzieje, nie można narzekać na nudę, szczególnie że styl autora jest dość przyjemny i „Zbiega” czyta się naprawdę szybko. Czy jest to jednak tak wyjątkowa książka? Nie. Nie zaskoczyła mnie zbytnio ani swoją treścią, ani formą.
Bohaterowie są zarysowani w wystarczający sposób — najmocniej poznajemy oczywiście Charliego oraz jego adwokatkę Amandę. Większość z nich, jeśli nie wszyscy (a muszę przyznać, że Margolin wprowadził całkiem sporo postaci), ma silny charakter. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę warunki, w jakich rozgrywa się fabuła. Jeśli lubicie płaczące, delikatne dziewczynki, to w „Zbiegu” ich nie znajdziecie. W każdym razie nie mam się tu do czego przyczepić. Bohaterów nie da się pomylić, są dobrze skonstruowani i choć żadnego nie polubiłam jakoś szczególnie, to całkiem przyjemnie obserwuje się ich losy.
Gdybym należała do osób, które śledzą fabułę kryminału i próbują rozwiązać zagadkę, pewnie zrobiłabym to stosunkowo szybko, jednak ja po prostu czytam to, co autor mi podaje, i nie analizuję tego głębiej. Dlatego zwroty akcji potrafiły nieco mnie zaskoczyć, jednak nie wywołało to u mnie większego zachwytu, bo choć się pojawiają, nie nazwałabym ich bardzo spektakularnymi. Przy odrobinie pomyślunku część tajemnic da się bez większego problemu odgadnąć. Dlatego też, choć w sporej mierze „Zbieg” jest kryminałem, to jednak sama akcja zdaje się być w nim najważniejsza.
To zwyczajnie wydana sensacja, która nie jest niczym szczególnym
Sama książka wygląda… zwyczajnie. Okładka, mówiąc szczerze, nie podoba mi się i uważam, że nie pasuje do takiej treści. Wewnątrz znajduje się biały papier i stosunkowo duża, sprzyjająca czytaniu czcionka. Nie ma tu nad czym bardziej się rozwodzić.
Jeśli lubicie amerykańskie kino akcji i interesuje Was nieco sądownictwo, „Zbieg” będzie dobrym wyborem. To całkiem fajna pozycja, warto po nią sięgnąć w takim przypadku. Co prawda nie zwaliła mnie z nóg, ale nie miałabym oporów, aby przeczytać ponownie coś podobnego. Z czystym sumieniem mogę więc ją polecić.

Tytuł: Zbieg
Autor: Philip Margolin
Liczba stron: 405
Gatunek: sensacja/kryminał