„Gwiazd naszych wina” to książka młodzieżowa, która w pewnym momencie była naprawdę bardzo popularna. Dlatego w 2016 roku postanowiłam ją przeczytać. Co sądziłam wówczas o powieści poruszającej temat choroby nowotworowej u nastoletnich bohaterów?
Płuca Hazel nie działają
Hazel choruje na raka, który sprawia, że jej płuca właściwie nie nadają się do użytku. Podczas jednej z sesji grupy wsparcia poznaje nijakiego Augustusa Watersa – nieco od niej starszego, przystojnego chłopaka z amputowaną nogą. Między tym dwojgiem rodzi się bliska relacja, a tym, co ich spaja, jest książka bez zakończenia, którego oboje pragną poznać.
Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, od czego zacząć. To, czego mogę się spodziewać w tej książce, wiedziałam mniej więcej już wcześniej, za sprawą filmu i w gruncie rzeczy nie jestem pewna, co podkusiło mnie, by sięgnąć po tę historię. Może jednak zacznę od najbardziej ogólnikowych rzeczy, mianowicie – od tytułu.
„Gwiazd naszych wina” to niezbyt dobrze brzmiący tytuł
Gdy pierwszy raz usłyszałam słowa „Gwiazd naszych wina”, przed oczyma ujrzałam celebrytów pijących wino. Naprawdę nie potrafiłam się domyślić, o co w tym tytule chodzi. Dopiero po czasie, rozkładając te słowa na czynniki pierwsze, dotarło do mnie, co autor miał na myśli. Przynajmniej według mnie zlepek tych słów brzmi niezwykle pretensjonalnie i odrzuca mnie tym. Mimo to, o dziwo, nie jest to najgorsza nazwa własna w całej tej historii. O nie. Tytuł książki czytanej przez Hazel – „Cios Udręki” – sprawił, że nie mogłam zrobić innej miny niż zdziwiona i nie zaśmiać się, gdy go usłyszałam. Naprawdę, kto nazwałby tak książkę, na dodatek traktującą o chorych osobach…?
No bo tak – cała akcja kręci się wokół ludzi chorych na raka, czytających książkę, której główna bohaterka również na to choruje. Boże, jakie to urocze, prawda? Oni chorzy, umierają, ale walczą, tak bardzo walczą, i jeszcze ta książka! Ich marzenie, by się dowiedzieć, jak się kończy! „Gwiazd naszych wina” to książka, która poza beznadziejnym tytułem na siłę stara się wycisnąć z nas tkliwość i empatię skierowaną ku bohaterom.
Czy jej się to udaje? W wielu przypadkach tak, w moim – nie. Wiedziałam, czego się spodziewam i właściwie dokładnie to dostałam: wyciskacz łez tak piękny, że aż nienaturalny i przerysowany, z bohaterami, w których istnienie za nic w świecie nie jestem w stanie uwierzyć, a tym bardziej wczuć się w ich charaktery.
Mimo wszystko, to nie była tragicznie zła książka
Spokojnie, wiem, narzekam i to bardzo, ale nie uważam, aby to była jakaś tragiczna pozycja. To czytadło zaspokoiło i nadal będzie zaspokajać literackie potrzeby wielu młodych ludzi, w czym nie widzę nic złego. To historia napisana prostym stylem, który wprawdzie mnie czasem swoją prostotą nawet rozśmieszał, ale większości powinien się spodobać. Przez ten sposób pisania książka Greena wciąga, akcja płynie i nie trzeba wiele czasu na jej przeczytanie. Na pewno dla wielu to świetna pozycja, aby odpocząć po męczącym dniu. Niestety – przepraszam, nie należę do tego targetu i panu Greenowi nie udało się mnie nią omamić.
Nie wierzę w tych bohaterów
Jak wspomniałam, nie wierzę w bohaterów. Hazel to dość prosta dziewczyna, ale w zasadzie poza chorobą pozbawiona wad. Lubi amerykańską wersję „Top Model”, uczy się, chce żyć, ale przy tym rozumie swoją chorobę, nie panikuje i nie załamuje się przez nią. Jest doskonała w swojej zwyczajności, co bez wątpienia jest jednym z powodów sukcesu tej książki. Niestety, ja nigdy z takimi postaciami się nie utożsamiałam – i tym razem jest podobnie.
A co z naszym przystojnym Augustusem? Gdyby nie rak, który pozbawił go nogi, nazwałabym go zwykłym podrywaczem. Tutaj jest po prostu podrywaczem bez nogi, który przypadkiem w młodzieńczy sposób się zakochuje, stając się istnym księciem z bajki… Niestety, choć bajki lubię, nie mam najmniejszego zamiaru w nie wierzyć. Bywa irytujący, jednak generalnie wraz z Hazel są po prostu typowymi, przesłodzonymi bohaterami, którzy właśnie przez to przesłodzenie trafiają w gusta dużej rzeszy czytelniczek.
Najlepiej wypada Van Houten
Jedyną postacią, jaką mogę szczerze pochwalić, jest Van Houten. (Uwaga: spoiler.) Człowiek ten to autor „Ciosu Udręki”, z którym Hazel i Augustus chcą się spotkać, aby poznać zakończenie historii. I – uwaga – on przepięknie wyjaśnia im, że to tylko fikcja i w gruncie rzeczy nie było innego zakończenia niż to, które dostali. Czyż to nie doskonałe? Tak prosto z mostu powiedzieć coś takiego osobom, które jak głupie owce wierzyły, że coś tam jeszcze jest. I proszę bardzo – Van Houten informuje, że nie miał na myśli kompletnie nic (no, przynajmniej utrzymuje to do prawie końca historii, co niestety ostudziło mój entuzjazm). Wielkie brawa dla tego pana – taka osoba powinna chodzić po nauczycielach polskiego, a nie 😛 Oczywiście rozumiem, nie postąpił wobec bohaterów zbyt miło, jest wrednym alkoholikiem i nie jest zbyt pozytywnie wykreowany, ale chyba właśnie dlatego jest najciekawszą postacią w całej historii.
Oj, już widzę, że się rozpisałam 🙂 Wybaczcie – już kończę. „Gwiazd naszych wina” to na pewno świetna książka dla młodszych oraz nieco mniej dojrzałych czytelników. Ja znajduję w niej jednak tylko kolejną, zwykłą historię próbującą wycisnąć łzy na każdym kroku, która nie rozwija mnie w żadnym stopniu. Nie nudzi, nie sprawia, że mam ochotę walić głową w ścianę, ale jest po prostu zwyczajna. Czy więc warto po nią sięgać? Tak – o ile należycie do targetu i potraficie zżyć się z prostymi, acz wyidealizowanymi bohaterami. Jeśli jednak szukacie czegoś bardziej realistycznego, nie będzie to lektura dla Was 😉

Tytuł: Gwiazd Naszych Wina
Autor: John Green
Liczba stron: 312
Gatunek: powieść młodzieżowa, obyczajowa