Co jakiś czas wypowiadam się na Waszych blogach niezbyt pochlebnie na temat „Igrzysk śmierci” Collins… i choć nie jestem w stanie zrobić na ten temat żadnej bardzo konkretnej recenzji, dziś, w ramach nieco luźniejszego posta, chciałam Wam wyjaśnić mniej więcej moją opinię 🙂

Na „Igrzyska śmierci” wpadłam po raz pierwszy w 2012 roku, jakoś na przełomie wiosny i lata. Nie wiem, kiedy zaczął się robić taki boom na tę serię, jednak podejrzewam, że jak zwykle byłam trochę spóźniona ;D Dowiedziałam się o niej nie dzięki reklamie filmu albo recenzji, a… piosenki, którą widzicie powyżej.
Nie jestem wielką fanką Taylor Swift. W późnej podstawówce przez chwilę dość intensywnie jej słuchałam, jednak nie stałam się członkinią jej stałej widowni 🙂 Mimo to lubiłam i dalej lubię klimat w jej teledyskach, przynajmniej niektórych. Są dla mnie strasznie nostalgiczne, podobnie jak niektóre teksty. Jej wokal jednak pozostawia wiele do życzenia, a za popem, który teraz nagrywa, po prostu nie przepadam.
Gdy jednak wpadłam na „Safe & Sound”, po prostu się zakochałam.
Ten klimat… wojna wokół, strach, lęk… ale mimo wszystko kołysanka, odrobina dziecięcej fantazji, próbująca zapomnieć o tym, że zaraz zginiemy, podobnie jak setki innych, że nikt i tak o nas nawet nie będzie pamiętał. Och, tak, moja wizja była drastyczna w przepiękny, melancholijny sposób. Nie czekając długo, zabrałam się za poznawanie serii, właśnie takiego klimatu od niej oczekując.
Czy go dostałam?
Cholera, nie. Za żadne skarby świata — nie.
Pierwsze co, zabrałam się za książkę.
Dostałam coś tak zupełnie przeciętnego i zwykłego, o tak naiwnej narracji i świecie, że przez blisko godzinę wypisywałam pewnej osobie punkt po punkcie nielogiczności w całości.
Gdybym ją miała, chętnie bym Wam tu dziś przedstawiła, jednak niestety ona zniknęła, a moje wspomnienia dotyczące książki zatarły się na tyle, że nie mogę jej odtworzyć.
To, co jednak najbardziej mnie raziło, to sam bezsens „Igrzysk śmierci”. Weźcie mi powiedzcie, po jakie licho cały ten rząd brał dzieci, aby zastraszyć dorosłych? oO A matki? Ludzie, nie zrobili kompletnie nic?
Wiecie, z psychiką ludzką jest tak, że można odebrać nam naprawdę wiele, ale dzieci mają pozostać nietknięte. Matka raczej sama pójdzie na śmierć, niż wyśle na nią dziecko. Bo ona w tym momencie stanie się lwicą broniącą młodych. No chyba że ludzie w „Igrzyskach” są niepełnosprawni psychicznie…? Już więcej sensu miałoby wyłapywanie silnych mężczyzn albo buntujących się jednostek. Wiecie, 24 młode osoby w kwiecie wieku, które coś tam przeskrobały. Wygrywasz? Uniewinnienie. Przegrywasz? W sumie już nie żyjesz. Wygodne rozwiązanie dla Kapitolu, fajna zabawa dla nich i pokaz okrucieństwa dla pozostałych.
To był, jest i zawsze będzie mój główny zarzut dotyczący świata wykreowanego przez Collins: typowo kobiecy sposób myślenia, a nie polityczny w chwili, gdy pisze książkę, której głównym atutem powinien być sposób, w jaki zbudowany jest system.
A z tego cudownego, pełnego lęku i grozy klimatu nie dostałam zupełnie nic… ech, i jak ja tu mam tę serię lubić? Bo „Igrzyska śmierci” to po prostu pisana pod nastolatki sielanka z odrobiną dreszczyku.
Dałam radę przebrnąć przez 1,5 książki, z filmów oglądałam chyba wszystkie poza najnowszym, przywiązując jednak większą uwagę tylko do pierwszego.
Na same filmy patrzy się fajnie, nie są źle zrobione, wyglądają dobrze. Ale pani Collins już wykorzystała u mnie swoją szansę i ochoty, by do niej wracać, po prostu nie mam. Mam ciekawsze i lepsze rzeczy do czytania i poznawania 🙂
By nie było — nie nienawidzę „Igrzysk”. Rozumiem, z czego wynika cały hałas wokół tego tytułu, ale sama nie jestem w stanie się w niego wciągnąć. Fajnie, że wyszło coś nieco ambitniejszego od „Zmierzchu” kierowanego ku nastolatkom, ale… w sumie to byłoby na tyle.
Ta seria jest chyba jedną z tych, które najbardziej mnie zawiodły… ani bohaterowie, ani świat przedstawiony, ani styl pisania Collins do mnie nie przemówił. Nie jestem w stanie uwierzyć w tę historię, w jej spaczoną logikę, w jej niby głęboki przekaz… Wybaczcie, ale nie mam zamiaru chwalić i uwielbiać Katniss ani bawić się w kłócenie, z kim powinna wylądować w łóżku.
Już tak kończąc, na marginesie… macie książkę o śmierci, o wielkich czynach… a tak naprawdę zamiast skupiać się na nich, większość fanów rozważa tylko opcje związane z miłostkami Katniss… nie sądzicie, że choćby to doskonale oddaje niską jakość tej serii? Najwyraźniej o niczym innym nie da się tu więcej mówić niż o sferze uczuciowej głównej bohaterki…