Dzięki blogowemu konkursowi u Aredhel „Prawo Mojżesza” trafiło do mnie i gdy przeczytałam tę książkę w 2016 roku, zaskakująco mi się podobała. Co wówczas sądziłam o tej dość obyczajowej powieści?

Tajemniczy chłopak wzbudza zainteresowanie Georgii
Mojżesz został zostawiony przez swoją matkę w koszyczku w pralni jako niemowlak. Nic więc dziwnego, że jako dorastający, młody mężczyzna ma problemy ze sobą i nie potrafi poradzić sobie z otaczającym go światem. Dzięki pomocy swojej babci w wakacje zostaje zatrudniony na farmie rodziców Georgii, aby móc zająć czymś myśli.
Nastolatka zdaje się być nim zafascynowana — nim, tajemniczym i zamkniętym w sobie człowieku, który odpycha i przyciąga ją zarazem.
W fotografii czy malarstwie istnieje coś takiego jak mocne punkty — zdjęcie dzielimy na dziewięć kwadratów, a w miejscach, w których się łączą, powinno znajdować się to, co najbardziej chcemy przedstawić odbiorcy. Nie jest to jednak jedyny sposób, aby je wyznaczyć. Mocnym punktem może być plama czerwieni albo okrąg czy trójkąt. Zdarza się też, że odbiorca sam wybiera sobie to, co najbardziej zwróci uwagę — jego dziecko w grupie, koszulkę, którą też ma w szafie, albo motylka w tle, zależnie od swojego charakteru i przeżyć, a nie od umiejscowienia przedmiotu na pracy. Podobnie miałam z „Prawem Mojżesza”: prawdopodobnie nie poczułabym się w ogóle zainteresowana tą historią, gdyby nie realia, w których autorka osadziła powieść. Kto mnie zna, ten dobrze wie, że konie i Dziki Zachód to coś, do czego mam olbrzymią słabość, a to właśnie w takich klimatach rozgrywa się akcja powieści. Ale… może przejdę do początku, zamiast zaczynać od środka.
To moje pierwsze spotkanie z Amy Harmon
Z Amy Harmon nie miałam wcześniej do czynienia. Nie czytuję zwykle młodzieżowych obyczajówek, dlatego nie ma w tym zupełnie nic dziwnego. Zaczynając, nie spodziewałam się więc kompletnie niczego i podchodziłam do powieści zupełnie neutralnie. Szybko okazało się, że powieść jak najbardziej wciągnęła mnie i przyniosła mi chwilę dobrej rozrywki, ale przy tym miała w sobie kilka problemów, które sprawiły, że mina prędko nieco mi zrzedła.
„Prawo Mojżesza” to książka napisana lekko i przyjemnie
Styl autorki jest lekki i przyjemny, nie dłuży się i naprawdę wciąga. Kompletnie nie mogę się do niego przyczepić. Niestety, powieść cierpi na kilka problemów związanych z tłumaczeniem… już pomijam imię Mojżesza, które zostało przetłumaczone jako jedyne, co przez tytuł i nawiązania do biblijnej postaci mogę zrozumieć, ale… przez język polski czytelnik traci gry słowne, które autorka niewątpliwie zastosowała (co wiemy po przypisach tłumacza), a jak zwykle w przypadku końskiego słownictwa mogłam znaleźć parę błędów. Może nie były karygodne, ale jednak były… Cóż, dlatego niby lubię motywy zwierzęce w książkach, ale z drugiej strony zawsze się ich obawiam. Nigdy nie trafiłam na książkę o koniach, która po tłumaczeniu nie zawierałaby w sobie ani jednego błędu. Historia też nie jest najgorsza. Akcja idzie płynnie, bohaterowie dają radę i jako czytadło jest naprawdę w porządku, zwłaszcza że mamy tu i wątek miłosny, i wątek kryminalny, i wątek paranormalny… dlatego właściwie każdy może tu coś dla siebie znaleźć. Obiektywnie — to jest dobra historia i tyle.
Oczywiście, że mam zastrzeżenia
Ale… ja zawsze muszę mieć jakieś ale…
Okej, okej, wątek paranormalny jest w porządku, nie mam zamiaru się go czepiać samego w sobie, ale… tego, jak autorka go przedstawiła… już trochę tak. To znaczy, wiecie, tytułowy Mojżesz to chłopak, który odczuwa potrzebę malowania. Gdy go najdzie — po prostu maluje. Wszędzie, gdzie tylko się da. I choć ma już osiemnaście lat, wszyscy wokół niego nie dość, że to bagatelizują, to jeszcze olewają, tylko wzywając policję, zamiast naprawdę coś z tym zrobić. Poza tym… nie mam pojęcia, w jaki sposób tak naprawdę chłopak został połączony z byciem członkiem gangu. Do licha, co mają malowidła ścienne, i to ponoć całkiem dobre, do losowego graffiti i młodych zabójców…?
Wprawdzie relacja Georgii z Mojżeszem na początku jest bardzo przesłodzona, ale przymknęłam na to oko. I wszystko byłoby OK, gdyby nie zakończenie części pierwszej książki i rozpoczęcie drugiej — nie będę Wam mówić, o co dokładnie chodzi, by nikomu nic nie spoilerować, ale wiedzcie, że autorka, mając naprawdę olbrzymi wachlarz możliwości, by opisać pewne wydarzenie, wybrała chyba najgorszą możliwą opcję, która w moim odczuciu była tak naciągana jak śmierć Hanki Mostowiak. Naprawdę…? Nie dało się tego inaczej obmyślić? Dało się, wiem, że się dało. Ale niestety autorka nie pozwoliła sobie na rozwinięcie w tym temacie skrzydeł.
A co z zakończeniem?
Mam też mały problem co do zakończenia. Mianowicie, na wstępie powieść próbuje wzbudzić w nas bardzo intensywne, smutne odczucia. Na okładce widzimy informację, że ta historia nie kończy się dobrze, a w prologu bohaterka wyjaśnia nam, jak bardzo jest jej źle i smutno… i jak bardzo zraniła ją historia, którą zaraz poznamy. Nie lubię takiego naciągania na emocje, ale przymknęłam na to oko. Pod koniec zaś nieźle się rozczarowałam, gdy okazało się, że albo czegoś nie zrozumiałam, albo zapewnienia twórcy okładki są po prostu kłamstwem. Dobrze, być może to odnosi się do całego cyklu, a nie tylko do tego tomu, ale… czułam tu dość duży zgrzyt. Na początku wymusza się na nas płacz, by później zrobić wredny plot twist i uznać, że jednak wszyscy będą szczęśliwi. No przepraszam, ale tak się nie robi. I być może nie powinnam tego tu pisać, ale… myślę, że taka wtopa wydawnictwa jest istotna i należałoby o tym wspomnieć.
Nim zakończę, pozwólcie jeszcze, że powiem słówko o bohaterach. Mojżesz i Georgia przedstawieni są w miarę porządnie. Mają swoje charaktery i problemy. Obserwuje się ich bardzo przyjemnie. Niestety tylko oni są tu porządnie zarysowani. Wszystkie postacie w tle są bardzo nijakie i większość z nich można określić jako porządni ludzie ze wsi. A to nie jest opowiadanie, dlatego mimo wszystko życzyłabym sobie, aby inni bohaterowie też dostali jakieś konkretne cechy… i nie byli opisywani jako Babcia Mojżesza, Wybitna Pianistka albo Idealni Rodzice Georgii…
Mimo wad książka nie była zła, miała fajny klimat Dzikiego Zachodu, a przy tym potrafiła rozczulić i zainteresować. Jeśli szukacie porządnego new adult — sięgajcie po nią, bo naprawdę nie ma się czego bać. Cieszę się z tego, że ją mam i że mogłam ją poznać. Niemniej… zwłaszcza zakończenie historii sprawia, że mam co do niej mieszane uczucia.
— Georgia myśli, że mnie kocha. — Skrzywiłem się przy tym wyznaniu. Oczy doktor June nieznacznie się powiększyły. Właśnie zaoferowałem jej ociekającą treścią łyżkę psychologicznego gulaszu i zaczęła się ślinić.
— A ty jej nie kochasz? — spytała, próbując opanować zadowolenie.
— Ja nikogo nie kocham — odparłem bez namysłu.
Fragment „Prawa Mojżesza” Amy Harmon

Tytuł: Prawo Mojżesza
Tytuł serii: Prawo Mojżesza
Numer tomu: 1
Autor: Amy Harmon
Liczba stron: 360
Gatunek: new adult, romans
1 thought on “Prawo Mojżesza: Mój Boże, KUCYKI! [recenzja] [archiwum]”