To był pierwszy post, jaki pojawił się na moim starym Drewnianym Moście w 2017 roku. Zaczęłam go słowami: „Czas leci niebywale szybko, hm?” Dziś, przenosząc ten wpis na nową domenę w 2026 roku mogę sobie tylko przytaknąć. Ale przejdźmy do tematu głównego. „Hobbit” w wersji filmowej został przeze mnie obejrzany jakoś w 2016 roku i gdy pisałam ten tekst, byłam już chwilę po spotkani z nim. Dlatego przypominałam, że to nie jest pełnoprawna recenzja. Ale hej, może chcecie usłyszeć co miałam na jej temat do powiedzenia?

Czemu „Hobbit” miał być filmową trylogią?!
Gdy usłyszałam, jak ma wyglądać filmowa wersja tolkienowskiego „Hobbita”, przeraziłam się. Naprawdę – kto wpadł na pomysł, by z tak krótkiej historii zrobić trzy długie obrazy…? To nie miało prawa się udać: zdawałam sobie sprawę, że pewnie bez fillerów się nie obędzie, a sceny będą przeciągane wręcz na siłę.
Nie będę trzymać Was w niepewności – nie pomyliłam się. Ale o tym za chwilkę. Bo najpierw pozwólcie, że przybliżę treść historii dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze o „Hobbicie” nic nie wiedzą.
Bilbo wyrusza w podróż z drużyną krasnoludów
W Shire mieszka pewien hobbit, czyli mały człowieczek. Nazywa się Bilbo Baggins. Ma uroczy domek, pełną spiżarnię i ceni sobie życie w spokoju. I tak jest aż do dnia, w którym u jego progu pojawia się wielki czarodziej Gandalf Szary, proponując mu wyprawę wraz z drużyną krasnoludów. Podróż ta ma na celu odzyskanie królestwa pod górą, które 70 lat temu zostało zniszczone przez złego, potężnego smoka.
Czyż to nie doskonała, klasyczna historia, która idealnie nadaje się na familijny film? Oczywiście, że tak! Jackson doskonale o tym wiedział i to właśnie stworzył: rodzinną, przygodową trylogię, która miała ściągnąć do kin rodziców z dziećmi oraz fanów Tolkiena. Szkoda tylko, że przy tym wszystkim zatracił klimatyczny świat Śródziemia na rzecz kolorowej bajeczki z głupimi scenami akcji i toną niepotrzebnych wątków.

„Hobbita” Tolkiena czytałam dawno temu
Nie znam „Hobbita” na pamięć: czytałam go dawno temu, a Tolkien nigdy do mnie jakoś szczególnie nie przemawiał, ale rozumiem, szanuję i cenię świat, który wykreował. I niestety – Jackson chyba takich uczuć do tego autora nie żywi. Choć owszem, ciekawym wyjściem było rozwinięcie wątku przebudzenia Zła, to ilość śmiesznych scenek, które mają rozbawić dzieciaki, była dla mnie nadzwyczaj irytująca. No błagam – grawitacja i jakakolwiek fizyka nie działają w tym świecie poprawnie, gobliny śpiewają, a krasnoludy robią za bandę idiotów, którymi przecież w oryginalnym świecie nie są. To jest naprawdę bolesne…
Przy tym oczywiście mamy wymuszony wątek romantyczny i już na starcie łatwo jest zgadnąć, która z postaci weźmie w nim udział. W końcu nieprzystojnego aktora nikt nie brałby do takiej roli, prawda? A naprawdę ładnych krasnoludów nie mamy tu zbyt wielu.
Tolkien zasługuje na więcej
Jasne, filmowa hobbicka trylogia ma swoje dobre strony. Widoki, które możemy chwilami obserwować, zapierają dech w piersiach, a niektóre sceny mają fajny klimat. Ale właśnie – kluczowe słowa to „chwilami” i „niektóre”. A myślę, że Tolkien zasługuje na o wiele, wiele więcej…
„Hobbit” to doskonała trylogia familijna. Ładnie zrobiona, nieco śmieszna, przyjemna zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Niestety – nic więcej… a szkoda.