„Wiek Adaline” obejrzałam w 2017 roku, bo ktoś polecił go w sieci. Mamy jednak 2026 rok, a ja dalej pamiętam rozczarowanie. Miałam poczucie, że obejrzałam wydmuszkę, a nie pełnokrwisty film. Jak go wówczas odebrałam?

Sprawdź więcej recenzji filmów i seriali!
Adaline przestała się starzeć
Adaline (Blake Lively) urodziła się w 1908 roku i wiodła normalne życie. Uczyła się, założyła rodzinę, wychowywała samotnie córkę… aż do czasu, gdy zorientowała się – razem ze swoim otoczeniem – że jej proces starzenia się zatrzymał. By zapewnić bezpieczeństwo zarówno sobie, jak i swojej córce, opuszcza rodzinną okolicę.
„Wiek Adaline” chodził za mną od dawna, głównie przez filmik Red Lipstick Monster, który obejrzałam w 2015 roku. Niby zrobiłam to od niechcenia, ale właściwie to dzieło cały czas miałam gdzieś z tyłu głowy. I choć po długim czasie, to jednak udało mi się je w końcu obejrzeć. Niestety spodziewałam się czegoś zupełnie innego, niż dostałam ostatecznie.
„Wiek Adaline” to przede wszystkim romans
Może najpierw wyjaśnię, czego od tego obrazu chciałam. Liczyłam na film, który pokaże mi przekrój przez epoki; który właśnie to będzie traktował jako swoją główną zaletę i tym będzie „grał”. Który będzie wyglądał obłędnie w każdej możliwej chwili, jednocześnie może pokazując, jak bolesne takie życie musi być dla głównej bohaterki. Nie chciałam niczego wybitnego, a ładnego i przyciągającego uwagę. Dostałam zaś… romans. Po prostu romans.
Szukacie wielu scen z przeszłości? Nie sięgajcie po „Wiek Adaline”. Wszelkie sceny sprzed lat są tu tylko przebitkami pokazującymi urywki z życia bohaterki, fabuła zaś zdecydowanie skupia się na współczesności. Wprawdzie film wygląda ładnie, ciepło, barwnie, ale niestety nie daje takiego przekroju przez historię, jakiego można byłoby się po nim spodziewać, a to miało być jego największym atutem.

Ten film nie zaskakuje
Gdy uświadomiłam sobie, że oglądam romans, właściwie trudno było nie przewidzieć, jak to się skończy. Fabularnie „Wiek Adaline” jest bardzo, ale to bardzo typowy. Cierpi na ten sam problem co „Zmierzch” – gdyby nie było tu nieśmiertelności bohaterki, nie byłoby nawet o czym mówić. Różnica między tymi historiami polega na tym, że ten obraz jest jednak nastawiony na nieco starszą (choć dalej kobiecą) widownię, która chce czegoś bardziej „naukowego” i „realnego”. Och, tak, ta „naukowość” właśnie to jedna z bardziej irytujących mnie rzeczy w filmie: w kilku momentach narrator tłumaczy nam wręcz łopatologicznie, co się stało z Adaline, co przynajmniej mnie po prostu denerwowało i nudziło. No i sprawiało, że historia stawała się jeszcze bardziej przewidywalna.
Jako że „Wiek Adaline” to romans, nie mamy tu negatywnego bohatera. Właściwie wszyscy są uroczy, mili i chcą dobrze, co sprawia, że w filmie brakuje choć odrobiny zadziorności i charakteru. Tytułowa bohaterka to dojrzała, bardzo zrównoważona kobieta. Nasz główny męski bohater, Ellis Jones, grany przez Michiela Huismana, to po prostu facet idealny. Daje kwiaty w formie książek (co było akurat bardzo dobrym pomysłem :D), ma fundusze, troszczy się o Adaline i naprawdę ją uwielbia. William Jones (Harrison Ford) też zdaje się nie mieć wad, podobnie jak córka bohaterki, Flemming (Ellen Burstyn), czy jej pies. Tu wszystko jest kolorowe, baśniowe wręcz, a co za tym idzie – pozbawione jakiegokolwiek realizmu.
„Wiek Adaline” jest dla tych, którzy lubią słodkie romanse
To zdecydowanie nie był film, który obejrzałabym po raz kolejny. „Wiek Adaline” na pewno sprawdzi się jako rozrywka dla pań, które lubią ładnie wyglądające, słodkie romanse. Będzie na pewno bezpiecznym wyborem na typowo babski wieczór. Niemniej mnie w pewnym momencie zaczął po prostu nudzić, zwłaszcza gdy zorientowałam się, jak dokładnie będzie przebiegać cała historia.
Wiek Adaline (2015)
ang. The Age of Adaline
melodramat
reż. Lee Toland Krieger