„La La Land” był bardzo głośnym filmem, a że zawsze lubiłam musicale, obejrzałam go w 2017 roku. Jednak nie spełnił on moich oczekiwań. Dlaczego ta wyśpiewana historia z Emmą Stone i Goslingiem w rolach głównych nieszczególnie mi się podobała?

Połączyły ich pasje
Mia (Emma Stone) pragnie zostać aktorką. Sebastian (Ryan Gosling) ma zamiar propagować jazz. Niestety, nie tak łatwo wybić się w Hollywood. Połączeni przez pasje, dążą do zrealizowania swoich marzeń.
Uwielbiam musical: uważam, że ten rodzaj sztuki czy też filmu potrafi doskonale przekazywać emocje. Historia, choć zwykle prosta, przez piosenki zapada w pamięć na dłużej, a często naprawdę dobre wokale zapewniają bardzo dobre doznania. Po „La La Land” spodziewałam się więc sporo, przynajmniej w chwili, w której zobaczyłam plakat i usłyszałam, że to musical uwielbianego przeze mnie twórcy „Whiplasha”. Niestety już same piosenki sprawiły, że trochę się załamałam.
Gdy zabieram się świadomie za jakąś śpiewaną historię, najpierw przesłuchuję kilku piosenek, bo gdy znam trochę tekstu, łatwiej odbiera mi się film. Tym razem jednak piosenki tylko włączyłam i wyłączyłam, uznając, że nie, to chyba nie to, przynajmniej pod kątem muzycznym. Niemniej musical postanowiłam obejrzeć tak czy siak.
„La La Land” mnie nie zachwycił
Niestety w trakcie seansu wcale nie doznałam olśnienia. Piosenki, choć w kontekście wypadały lepiej, nie dały rady mnie porwać. Były bardzo delikatne i rozumiem, że to się może podobać, ale wokale głównych bohaterów i te rytmy w żadnym razie mnie nie zaskoczyły w sposób pozytywny. Lubię mocne głosy, pokazujące swoje możliwości, a miałam wrażenie, że Gosling i Stone śpiewają bardzo spokojnie, kompletnie „bez mocy”. To mogłoby dla mnie zadziałać – ale przy jednej, dwóch piosenkach. A nie całym musicalu…
Wielu za dobrą cechę tego filmu uważa choreografię: nieco nieśmiałą, ale nawiązującą do klasyki musicalu. Niestety znów „wielu” nie oznacza akurat mnie. Na większość scen patrzyłam po prostu bez większego zainteresowania, a niektóre wyglądały po prostu co najmniej kiczowato.

Te sceny były urocze
Paradoksalnie uważam, że sceny bez śpiewania i tańczenia często wypadały po prostu bardzo uroczo. Dopóki nie wprowadzano latania między gwiazdami i opowiadania historii śpiewem, naprawdę widziałam chemię między Miją i Sebastianem. Polubiłam te postacie, zwłaszcza że Emmę Stone uważam po prostu za bardzo słodką istotkę, na którą miło się patrzy. Ich relacja, choć może naiwna i niezbyt urocza, miała w sobie odrobinę magii. Niestety musical, w którym elementy śpiewane wypadają najgorzej, trudno mi ocenić w pełni pozytywnie…
Jeśli już o fabule mowa, może się za nią wezmę, a raczej wspomnę o niej, bo wiele tu do opowiadania nie ma. Dostajemy bardzo prostą, trochę przesłodzoną historię, która pewnie zachwyci wszystkie fanki romansów. Choć nie jestem wielbicielką takich historii, szanuję ją i rozumiem, a z racji, że jest to musical, nie miałam i nie mam zamiaru czepiać się fabuły, skoro jako tako trzymała się kupy. Tylko jedno tu szczerze mnie zawiodło: zakończenie, które w moim odczuciu było po prostu nielogiczne i głupie.
„La La Land” nie był zbyt ciekawy
Choć „La La Land” wygląda ślicznie i choć naprawdę chciałam się z tym filmem polubić, to… był dla mnie po prostu niezbyt ciekawy. Co tu dużo mówić, wynudziłam się na nim. Piosenki kompletnie nie dały mi tego, czego oczekiwałam, choreografia tak samo, a niestety samą scenografią i przyjemnymi bohaterami nie da się zbudować dobrego musicalu. Niby rozumiem, dlaczego ten film cieszy się tak dużym uwielbieniem, ale niestety ja tych emocji nie podzielam.
„La La Land” (2016)
musical, romans
reż. Damien Chazelle
1 thought on “La La Land (2016): Gwiazdy Hollywood [recenzja] [archiwum]”