„Warkot” to debiut polskiego autora, który poznałam w 2017 roku, w okolicach premiery. Co sądziłam wówczas o tym historycznym kryminale fantasy, w którym pojawiały się wampiry?

Poznaj inne wampirze historie: „Zmierzch” | „Co robimy w ukryciu?” | „Nocarz”
Seryjny morderca we Wrocławiu
Początek lat 50. XX wieku. We Wrocławiu zaczyna panoszyć się seryjny morderca. Przypadkiem w sprawę zostaje wmieszany student, Jan Warkot. Razem ze swoim kolegą z pracy, porucznikiem milicji oraz pewnym specyficznym starszym panem zaczyna badać jej tropy.
Fantastyka mnie prześladuje. Sięgając po „Warkot” Jarosława Rybskiego, byłam przekonana, że to po prostu retrokryminał. Dopiero w trakcie odkryłam, że jednak ma w sobie sporo z urban fantasy! Mimo tego ten wątek śledczy wysuwa się w powieści na pierwszy plan, dlatego nawet osoby, które fanami nierealistycznych wątków nie są, mogą powieścią się zainteresować.
„Warkot” to debiut literacki. Tego jednak po powieści nie widać z dość prostej przyczyny: Jarosław Rybski jest tłumaczem i z książkami pracuje od dawna. Lecz choć to powieść przyjemna, nie uważam, by była idealna.
„Warkot” dobrze oddaje klimat lat 50. XX wieku
To, co od razu rzuciło mi się w oczy, to styl autora, który dobrze oddaje klimat, jaki mógł panować w latach 50.: niezbyt przyjazny, dość mroczny i brudny, przepełniony propagandą. Naprawdę dobrze łączy się z tematyką, zwłaszcza że opisy powojennego Wrocławia odgrywają w „Warkocie” dość dużą rolę.
Za dużo ekspozycji
No i właśnie… tu zaczyna się mój drobny problem z tą powieścią. Jarosław Rybski niewątpliwie ma dużą wiedzę na temat swojego miasta i same realia oddaje bardzo wiarygodnie. Trudno nie uwierzyć w to, co nam przedstawia, zwłaszcza że podaje nawet nazwy istniejących ówcześnie lokali. Z tym że zwłaszcza na początku powieści miałam wrażenie, że tej ekspozycji jest po prostu za dużo. Wręcz pod nos dostajemy wiele informacji, w tym także tych, które dotyczą zagadki postawionej przed bohaterami. W niektórych momentach tych opisów mogłoby być po prostu mniej albo mogłyby zostać nieco inaczej rozłożone.

Szybko odkrywamy, kto zabił
Pod względem fabularnym dostajemy kryminał, który jednak nie jest typową powieścią detektywistyczną. Nie mamy tu wielu tropów i poszlak, za którymi możemy podążać. Dość szybko dowiadujemy się, „kto zabił”, i obserwujemy bohaterów, którzy próbują coś z tym fantem zrobić. Przy okazji pojawiają się oczywiście różne trudności, nowe fakty i stopniowe rozwijanie wątku fantastycznego. Nie jest to zły zabieg, ale po prostu ten, kto liczy na stopniowe rozwiązywanie zagadki, jak to jest na przykład u Agaty Christie, może się na tej lekturze nieco zawieść.
Wątek fantastyczny nie jest jednak nadzwyczaj kreatywny. Nie chcę tu zbyt wiele zdradzać, ale po prostu porusza się po dość typowych schematach i raczej sam w sobie nie zaskakuje. Ale w końcu to ta kryminalna część powieści miała być wyraźnie na pierwszym planie: tak naprawdę można by go spokojnie podmienić na cokolwiek innego, bardziej realistycznego, a dzięki takiemu dodatkowi historia ma większą szansę czymś czytelnika zaskoczyć.
Muszę pochwalić pokazanie propagandy w powieści: tego, jak młodzi ludzie głęboko wierzą w to, co słyszą, i tego, jak stopniowo uczą się, że to, co słyszą, nie jest do końca prawdziwe.
Nie czułam zaangażowania
Przy tym wszystkim, chociaż to jest dobrze skonstruowana i nieźle napisana powieść, to… osobiście nie poczułam się jakoś szczególnie zaangażowana w przedstawioną historię. Postacie i ich relacje po prostu sobie istniały, a sama zagadka niczym szczególnym mnie do siebie nie przyciągała. Niemniej mnie kryminały po prostu zwykle nie porywają i są dla mnie jedynie przerywnikiem dla innych historii, dlatego możliwe, że to w tym tkwi mój problem.
„Warkot” jest naprawdę bardzo dobrym debiutem. Nie jest doskonały, ale już sam klimat opowieści zasługuje na uwagę. Jeśli więc tylko interesuje Was zagadka kryminalna z odrobiną fantastyki, której akcja rozgrywa się w powojennym Wrocławiu, istnieje spora szansa, że to właśnie będzie dobra lektura dla Was.
Kiedy mijała gąszcz rododendronów, zauważyła coś dziwnego. Ktoś podrzucił albo zgubił skórzaną teczkę zapinaną na dwie klamry. Podeszła bliżej i dostrzegła wystającą z krzaka nogę. Nogę w męskim bucie, brunatnej skarpetce, z podciągniętą do połowy łydki nogawką.
„Ach, te pijaki” – pomyślała odruchowo, bo dość często widywało się zapóźnionych balowiczów, którzy ucinali sobie drzemkę pod chmurką.
Kiedy przyjrzała się dokładniej nodze, spostrzegła, że jest nienaturalnie sina. Odskoczyła. Nie może być. Rozgarnęła gałęzie i zamarła.
Fragment „Warkotu” Jarosława Rybskiego

Tytuł: Warkot
Autor: Jarosław Rybski
Liczba stron: 384
Gatunek: kryminał, urban fantasy
Wydanie: SQN, Kraków 2017
1 thought on “Warkot: Fantastyczne morderstwa w powojennym Wrocławiu [recenzja] [archiwum]”